środa, 22 marca 2017

Royal Baby

Kiedy w „Milionerach” padło pytanie o co Doda i Emil Haidar toczyli spór sądowy, wszyscy partnerzy moich kumpel twierdzili, że te chórem odkrzyknęły „o pierścionek”.
Ale nieeee. No gdzież tam! Żadna Pudelka nie czyta.
A jak żem im powiedziała, gdzieś w czwartym miesiącu, że w ciąży jestem, to się posypały pretensje „dlaczego nic nie mówiłaś?”
Bo na Pudelku napisali!
No przecież były artykuły, że niedługo urodzi się polskie Royal Baby.
To ja się pytam teraz: a Wy myślałyście, że o czyje dziecko to chodzi?!
I dalsze pytania: „jak to się stało?”
Normalnie.
No co, tutorial o pszczółkach i kwiatkach mam zamieścić?!
-Jesteś w ciąży- powiedział Siara, jak skończyłam awanturę, gdy mi zostawił odciski paluchów na świeżo wypolerowanym chromowanym chlebaku (kto czyścił, żeby się świecił jak psu jajca, ten wie!). Wtedy zaczęłam krzyczeć jeszcze bardziej. A jak krzyczę to i gestykuluję bogato i se pieprzałam w kubek kefiru, który mi się wylał na śledzia, kanapkę z pomidorem i snikersa na jednym talerzu.
Od razu przestałam krzyczeć.
Zaczęłam płakać.
Jak się uspokoiłam to wszystko zjadłam. Było bardzo dobre. A on faktycznie miał rację, okazało się, że jestem w ciąży.
Później to mi cycki urosły. Niesamowite uczucie. Prawie 33 lata na to czekałam. Z radości chciałam zrobić nago takiego Tarzana przed lustrem, ale się okazało, że mogę się dotykać od szyi w górę i od klatki w dół. Siarę ostrzegłam, że jak nie popieram przemocy, tak jeśli mnie dotknie, to mu pieprznę. Do pierwszego razu myślał, że żartowałam. A pszesz wiadomo, że Hormon z Obolałymi Cyckami nigdy nie żartuje.
Następnie przyszły mdłości, które były niejaką ciążową nowością. No i przewrażliwienie na zapachy.
Myślę, że to był jedyny moment w moim życiu, gdzie mogłam faktycznie zrobić niesamowitą karierę. Na lotnisku- wykrywając narkotyki w bagażach, w miejscach trzęsień ziemi- wywąchując żywych, itd.
Przeciętny owczarek niemiecki, to przy mnie leszcz.
 I gdy sobie tak o tym myślałam, mój mąż powiedział, że wyglądam jak debilka, gdy z tamponami w nosie przygotowuję kotlety.
Położna skontaktowała się ze mną koło 12 tygodnia. Przemiła babeczka, która przy pożegnaniu zawsze całuje mnie w oba policzki, do czego niespecjalnie przyzwyczaiła mnie ojczysta publiczna służba zdrowia. Do „niech pani przyjdzie za dwa lata”, a i owszem. Do „okulisty u nas w przychodni już nie ma” również. Do "zaraz! nie widzi, że zajęta jestem!" także. Ale do całowania w policzki to nikt mnie nie przyzwyczaił. Ba, jak gastroenterolog wstał zza biurka i podał mi rękę na przywitanie, to poleciłam go połowie znajomych! Nawet tym, którzy nie mieli żadnych zdrowotnych problemów! W każdym razie Karen, moja położna, jest w absolutnie w dechę.
Pierwszy raz przyszła do mnie do domu z pakietem upominkowym zawierającym próbki witamin, mnóstwo ulotek, ramkę na zdjęcie z usg, gratisowe pojemniczki na mocz, choć wolałabym zapachowe świeczki, a przede wszystkim z moją kartą ciąży, która- w przeciwieństwie do tych, jakie miałam w Polsce- wygląda jak niegruby zeszyt dużego formatu. Następnie okazało się, że angielski z zakresu medycznego muszę jeszcze trochę podszkolić, bo np. potwierdziłam, że oboje moi rodzice mieli zakrzepicę, a myślałam, że „deep vein thrombosis”, to tylko żylaki. No proszę, jak to człowiek się cały czas uczy.
W Anglii, podobnie zresztą jak zdaje się w Polsce, na NHS (nfzet) przysługują 3 usg. O ile ciąża przebiega prawidłowo, rzecz jasna. Pierwsze miałam na początku 13 tygodnia.
Musieliśmy się w tym celu udać do pobliskiego szpitala. I tu się na chwilę zatrzymam, bo widziałam w Polsce parę odnowionych oddziałów, czy ogólnie szpitali, ale drodzy Państwo, taki marmur z jakiego oni na tym oddziale mają podłogę, to ja tylko u cioci na grobie widziałam, jak wujek chciał pomnikiem przed rodziną zaszpanować. Aż mnie się głupio zrobiło i powiedziałam do Siary, że gumiaki i widły to my mogli przy schodach zostawić, bo szkoda takom ładnom podłogem brudzić i deptać. Po co ma się niszczyć, pszesz to się ściera i nie będzie się tak fajnie świecić później.
Tapeta w cwiety na całą ścianę, stoliki w poczekalni na wysoki połysk, niczym pierwsza meblościanka w moim rodzinnym domu, w toalecie nieobsikana deska.
Normalnie jak w jakichś naszych prywatnych klinikach.
Poza tym to już standardowy syf- opakowania po chipsach pod krzesłami, pełno jednorazowych kubeczków po wodzie na stolikach- w końcu kosz całe dwa metry dalej, a wiadomo, że w ciąży nie należy się przemęczać. Stifler szpanował, bo wzięłam mu kolorowankę i kredki, a inne dzieciaki w jego wieku, to tylko tablety i ajfony miały.
Jak przechodziłam 318 poziom w Bubble Shooter przyszła po mnie pielęgniarka, która zabrała mnie na te wszystkie pomiary- ciśnienie+ waga.
Waga zapewne była zepsuta, niestety, bo jak na niej stanęłam, zamiast cyferek, to się ten mem pokazał. No wiecie Państwo- babeczka stojąca przed otwartą, pełną lodówką, a w głowie projekcja piosenki na nutę z Krainy Lodu „Mam tę moc! Mam tę mooooc! Wszystko zeżrę w jedną noc!”.
Nieistotne.
Do brzegu.
Dalej to- uwaga- pobrano mi krew do badania pod kątem Zespołu Downa, Edwardsa i Patau. I tu mnie się zrobiło przykro, bo pani pielęgniarka się mnie grzecznie pyta, czy wyrażam zgodę na całkowicie darmowe i bezpieczne badania prenatalne, o które rodaczki w moim ojczystym kraju muszą żebrać i za nie bulić. Jeszcze dalej to mnie się pytała, czy przy okazji może pobrać drugą probówkę, gdyż z powodu oczywistej zajebistości chcą mnie sklonować. Znaczy się oficjalnie powiedziała, że celem badań naukowych na krwi ciężarnych, ale ja tam swoje wiem, głupia nie jestem. Jeszcze z ciekawostek to powiem, że (o dziwo!) krew nie była niebieska.
USG, sprzętem wypożyczonym z NASA, robiono mi przeszło 40 minut. Co chwilę upewniałam się, czy wszystko jest ok, bo jak żyję i jak czwarty raz w ciąży jestem, to jeszcze nigdy mnie nikt tak długo nie badał. Uspokojono mnie, że wszystko spoko, długość badania jest standardowa i że dziecko jest podobne do mnie. Ma ręce, głowę, nogi, kręgosłup i te sprawy. Na drugim USG dowiedzieliśmy się, że Juliusz będzie chłopakiem i Stifler mógł w końcu odetchnąć, bo nie wyobrażał sobie, żeby rolę Robina, gdy on będzie Batmanem, odgrywała dziewczynka. No i dlatego, że wszystkie dziewczyny są głupie i nie ma się jak z nimi bawić w walki Superbohaterów.
 Mamusi to nie dotyczy, oczywiście.
No rejczel.
Głupie są zwłaszcza te wredne i zdzirowate. Mam nadzieję, że najmniej do czterdziestki mu się ten pogląd utrzyma.
Nowością dla mnie w prowadzeniu ciąży w UK jest jeszcze fakt, że ani razu (a zaraz ósmy miesiąc zaczynam) nie byłam badana ginekologicznie.
Przez lekarza, czy tam kogoś ze służby zdrowia w każdym razie.
Nie jestem jednak pewna, czy jest to standardem i od czego to jest uzależnione, bo jedna moja koleżanka była (również ciąża bez powikłań), inne nie. W ogóle zacznijmy może od tego, że „mojego lekarza” to ja pierwszy raz widziałam bodajże w szóstym miesiącu, gdy się spieraliśmy o poród, a konkretnie czy to ma być cesarka czy sn (się okaże 3 kwietnia, trzymajcie kciuki).
Koniec końców jak zwykle niepotrzebnie naczytałam się o angielskiej kiepskiej służbie zdrowia, fatalnej opiece zdrowotnej w ciąży i w ogóle jakichś opowieści z krypty. Póki co, odpukać w niemalowane, odpluć i przydeptać, mogę śmiało Państwu rzec, że doświadczam tu pełnego profesjonalizmu i sporych pokładów zwykłej ludzkiej życzliwości.
Gdybym jeszcze miała pewność, że będzie ta cesarka, to może spałabym lepiej. Tymczasem tylko Siara jest nad wyraz spokojny.
Powiedzmy, że prawie zawsze ;)


czwartek, 16 lutego 2017

pokazywanki

Bawimy się ze Stiflerem w pokazywanie. 
-Bądź krową- mówię mu, a on chodzi na czworakach i muczy. 
- Bądź samolotem. 
Wężem.
Kotkiem.
Słoniem. 
-Teraz moja kolej- krzyczy Stifler- Bądź podłogą. 
Naklejką.
Wagonem.
Lizakiem.

Nosz kuźwa...

- Zmieniamy zasady. Teraz ja coś będę udawała i Ty musisz zgadnąć co- rzucam przez ramię, po czym zaczynam pokracznie skakać w kucki z tym brzuchem i mówić "kum kum".
-Żaba- woła Stifler
- Po Czarnobylu- se  myślę, a na głos mówię- Świetnie! Teraz Ty.
Stifler klęka przede mną i się szczerzy.
-Jesteś drzewem?
- Nie.
- Krzakiem?
- Nie 
- Domem?
- Nie

...10 minut później...

-Poddaję się. Czym jesteś?
- Zębem, mamusiu.

Mój Bobrze!

- Stiflerku, a mógłbyś następnym razem udawać coś żywego?- pytam z nikłą nadzieją i biegam po chacie trzepocząc skrzydełkami jak mały wróbelek. Skrzyżowany z orką. Ale nadal wróbelek.
- Jesteś ptaszkiem. Dobra, będę czymś żywym- woła Stifler i zaczyna wykonywać nieskoordynowane ruchy. Wypina się i kręci odwłokiem.  Idzie stawiając nogę przed nogą. Wysoko trzyma głowę. Wyciąga szyję. Znów staje do mnie tyłem. Patrzy przez ramię. Odrzuca niewidzialną grzywę i potrząsa nią.
Czuję, jak nie domyka mi się szczęka. 
- Yyyy...lew?- niepewnie i cicho pytam
- Nie. Beyonce!

Ja pierdolę...


czwartek, 26 stycznia 2017

małe dziecko- mały problem, duże dziecko.....

KĄCIK RODZICIELSKI

"Małe dziecko- mały problem, duże dziecko- duży problem", mówili.
I mieli rację. 

No bo tak: ze Stiflerem to jest problem taki, że do tej pory zamiast "er" wymawiał "el", a wczoraj mu się coś w głowie poprzestawiało i zamiast "er", mówił "jot".
Na początku nie zakumałam nawet, bo przyszedł i spytał czy się pobawimy w "pijacki statek". 
Ho, ho, moja krew- se myślę. A potem zaczęłam mu tłumaczyć, że nie możemy, bo ja nie mogę- ciąża, on nie może- w końcu ma trzy lata dopiero, może kiedyś, gdy będzie starszy, itp., itd. 
Dopiero jak se opaskę na oku próbował zawiązać, to mnie tknęło i mówię do niego "powiedz "hurra"". Potem kazałam mu powtórzyć drugi raz i trzeci. Zawołałam Siarę, który mu też kilka razy to "hurra" kazał powtórzyć. A gdy przestaliśmy się śmiać, to się zaczęliśmy martwić. 

A z Don Juanem jest jeszcze gorzej. 
W marcu skończy 13 lat, rozmiar stopy 46 i najmniej ze 180 cm wzrostu. Ostatnio, żeby mu w oczy odkrzyknąć, że jest na coś tam za mały, musiałam głowę zadrzeć. I się poprawiłam od razu. Że za młody. 
Cholera jasna, będzie mi się tu śmiał głupkowato...
Ale już nawet nie chodzi o to, że nie mogę go ponosić, nie pozwala do siebie mówić "mamusi króliczek" i nawet na kolanach nie chce siadać. 
Chodzi o to, że Szara Eminencja mi powiedział, że Don Juan ma dziewczynę. A jak się spytałam u źródła, czy to prawda, to tak nie dba o moje zdrowie, że nawet nie zaprzeczył. 
Dżesika ma na imię. 
I jeszcze się mnie spytał, czy może iść do Dżesiki do domu. 
- A nie moglibyście iść pograć w piłkę, jak normalni chłopcy w waszym wieku?- przyznaję, że spanikowałam. 

Mało tego, jako że od roku 9 dochodzą mu przedmioty zawodowe musiał se już teraz wybrać cztery. 
Powiem Państwu, że rozstrzał tu mają ogromny. 
Od programowania po krawiectwo. 
Od biznesu po gotowanie.
Od nauki o mediach po robienie w drewnie. 
No i synuś przyszedł, cobym wspomogła jego burzę mózgu. Mówię do niego, żeby wziął dodatkowy angielski, bo mu się przyda, a poza tym ostatnio dostałam od jego nauczycielki angielskiego list pochwalny. To mi powiedział, że nie ma takiej opcji, a co do listu- to ponoć całej klasie wysyłała. 
Dziwne. Jak ja dostawałam 5, to mówiłam, że jako jedyna z klasy. 
Jak 1, to twierdziłam zawsze, że cała klasa dostała. 
Ja nie wiem po kim on ma tą prawdomówność...

W każdym razie miał już zaznaczoną dramę na pierwszym miejscu- po naszemu zajęcia teatralne- bo chciałby w przyszłości do szkoły teatralnej być może zdawać, jeśli mu to nie będzie kolidowało z planami zostania gwiazdą popu i sławnym pisarzem sci-fi, a dalej to jest niezdecydowany. 
- Może muzyka- kombinuję. 
Keyboard na zeszłe urodziny żeśmy mu kupili, bo się napalił. Na lekcje nauki gry na pianinie go zapisaliśmy. Przez semestr (a w Anglii są cztery), to się nauczył grać "7 years" i to tak, że w pierwszym momencie się przestraszyłam, że mi dzieciak Beaty Kozidrak zaczął słuchać. A teraz keyboard kurzem zarasta. 
-Nie, ja chcę w przyszłości śpiewać, nie grać. A tu na muzyce jest tylko nauka gry na instrumencie- wyjaśnił. 
Dalej to mi zasugerował, że ja stetryczała jestem i nie wiem jak się teraz kariery robi. 
- Bo teraz to się nie trzeba uczyć. Teraz to się idzie do "X-factora"- powiedział. 
Żeby się stać znowu fajną matką, to zapewniłam, że ja tam mu zawszę będę kibicować. W razie jednak, gdybym miała rację, że uczyć to się zawsze trzeba, bo fajnie jest wiedzieć chociażby, że Morgan Freeman i Nelson Mandela to nie jest ta sama osoba, a i w muzyce jakaś tam np. nauka emisji głosu może się przydać. No i jakby się do "X-factora" nie dostał, to ma się nie martwić, bo- Bobrowi dzięki- ojciec w fabryce pracuje, toteż jakieś "factory" mu zawsze załatwi. 
A jak ja będę kanapki mu do roboty szykować, to specjalnie co rano ręce skrzyżuję ponad głową i krzyknę "iks!".
Nie wiedzieć czemu wziął i się obraził. 
A ponoć to ciężarne są humorzaste.

Jak się odobraził, to powiedział, że se dopisał "media", bo lubi pisać i rozmawiać z ludźmi. I na tym znowu utknął. 
Wspólnie wybraliśmy catering, bo w gastro to się robotę zawsze w razie czego znajdzie, a on lubi gotować. "Dżesika też to wybrała"- powiedział. 
Chciałam skreślić, ale nie pozwolił. 
No i jako ostatni wybraliśmy francuski. Lubi ten język, obecnie jest najlepszy ze swojego roku, a poza tym  do wszystkich opcji nam pasował. 
Bo patrzcie Państwo- będzie mógł brać udział w zagranicznych produkcjach, jak już zostanie aktorem. 
W restauracji to mógłby rozmawiać z zagranicznymi gośćmi. 
Mógłby zostać korespondentem francuskim. 
Udzielać wywiadów do francuskiej telewizji bez tłumacza, jako słynny pisarz sci-fi. . 
A jak, nie daj Bóbr, żadna z powyższych opcji nie wypali i w tym całym Iksfaktorze też by mu nie wyszło, to będzie ojcu przy robocie Garou podśpiewywać. 
Ma się ten łeb, co nie?!
Chyba normalnie doradztwo zawodowe otworzę <3


czwartek, 19 stycznia 2017

Szary ma pingle

Co Was ominęło ostatnimi czasy?
Jedenaste urodziny Szarej Eminencji. Dacie wiarę, że ma już 11 lat? Jak to się stało, że taka młoda matka ma takie stare dziecko? A dziecko to, od tygodnia, okulary nosi.
No poszłam z nim do okulisty, bo od jakiegoś czasu zaczął wyglądać jak Harry z „Trzeciej planety od słońca”.
Tu w ramach ciekawostek opowiem Państwu jak wygląda załatwienie okularów dla dziecka w UK.
Jako że nie bardzo wiedziałam jak się do tego zabrać, udałam się do przychodni, gdzie poinformowano mnie, że badanie wzroku można bezpłatnie i bez żadnego skierowania wykonać w dowolnym zakładzie optycznym. Czekaliśmy na nie całe 5 dni, w tym sobotę i niedzielę. Jak już się doczekaliśmy okazało się, że od moich czasów wiele się zmieniło. Otóż ku mojemu zaskoczeniu pani okulistka nie kazała zakryć Szaremu łapą raz jednego, raz drugiego oka i przeczytać literki z tablicy, tylko tak po ludzku ściągnęła spod sufitu trzy machiny prosto z NASA i po chwili stwierdziła, że fakt, trochę krótkowzroczny jest, ale bez tragedii. Kamień z serca, bo po syfie jaki ma w pokoju i zdziwieniu jakie prezentuje, gdy drę mordę, że ma posprzątać, skłonna byłabym sądzić, że naprawdę mało co widzi.
Dalej to poszliśmy wybrać mu oprawki, a Szary błysnął geniuszem przy panu, który miał nam w tym pomóc. Przymierzył pierwszą parę, drugą, trzecią, po czym rzekł poważnie „oprawki jak oprawki, ale najgorzej, że w tych szkłach nic lepiej nie jest”. Pogłaskałam go tylko po główce, tym bardziej doceniając, że za chwilę zajmie pierwsze miejsce w szkolnym turnieju szachowym, kazałam skupić się na kształcie, a panu, który zaczął mu się dziwnie przyglądać bezgłośnie powiedziałam, że syn jest adoptowany.
Wracając do tematu- oprawki to niesamowicie ważna sprawa. Wiem to od drugiej klasy podstawówki, czasu, w którym nabyłam swoje pierwsze okulary. Moja mama wówczas tego niestety nie wiedziała, toteż nie Jurek Owsiak, a ja, 25 lat temu, byłam prekursorem noszenia wielkich czerwonych pingli w grubej oprawce. Jaka szkoda, że na nie niechcący usiadłam. I ponownie, jak wróciły z naprawy. Za trzecim razem matka uznała, że plastiki są robione fajansiarsko i kupiła mi dla odmiany okulary cienkie, metalowe. Już nie wyglądałam jak Owsiak. Wyglądałam jak John Lennon. Podczas jednej z przeprowadzek rąbnięto mi wszystkie albumy ze zdjęciami. Czasem się z tego cieszę.
Koniec końców wybraliśmy jedne niebieskie i zapasowe czarne- nie za grube, nie za chude. Ja byłam za czarnymi okrągłymi, ale Szary powiedział, że będzie wyglądał jak John Lennon. Na litość Bobra, jaki współczesny 11-latek wie kim był John Lennon?! Wyglądałby po prostu jak Harry Potter. Ostatecznie stanęło jednak na klasycznych, prostokątnych ramkach. Potem popatrzyłam na cenę oprawek i stwierdziłam, że najbardziej w ciąży to brakuje mi piersiówki. Ale fajne są, dobrze w nich wygląda. Chciałam mu nawet zdjęcie zrobić, ale jeszcze specjalnie przyzwyczajony nie jest, nie czuje się swobodnie i na wszystkich 30 fotach wygląda jak byśmy go bili. Cały czas tłumaczę mu jak ważne jest to, aby je nosił. Ja przez swoje zaniechania do tej pory jak widzę posła Piętę w telewizji wysyłam sms o treści "POMAGAM". Taki mam słaby wzrok. 
Okulary były gotowe za równy tydzień. Czekały na nas w ładnych, firmowych etui. Opanowałam drżenie powieki, wyciągnęłam portfel, a miły pan powiedział „nie, nie, nie, całość pokrywa NHS”. A ja poczułam, jak zwykle w takich momentach, że kocham Anglię i że se kiedyś wytatuuję Elżbietę na klacie albo na całych plerach.
W domu dałam Szaremu ściereczki do czyszczenia i powiedziałam mu cały okularowy dekalog. Wiecie, że ma je koniecznie zdejmować przed snem, że jak znowu zacznie mrużyć oczy to znaczy, że są brudne i ma je przetrzeć. Że ma je zawsze odkładać do tego ładnego, firmowego etui. I przede wszystkim, że w okularach nie można się bić. W razie czego ma się najpierw przeciwnikowi dobrze przyjrzeć, zdjąć pingle i lać na pamięć. W razie rażącej przewagi przeciwnika natomiast, ma nie być głupi, ma pingli nie zdejmować, tylko właśnie przytrzymywać na nosie krzycząc „tych w okularach się nie bije”. Nie wiem ile z tego zrozumiał, ale czytałam mu od wczesnego dzieciństwa „Mikołajka”, więc coś tam z historii z Ananiaszem mu chyba w głowie zostało.
Tymczasem wrzucę Państwu zdjęcie tortu. Wiem, wiem, Buddy Valastro ze mnie. Tyle tylko, że się inspiruję netem i zatrudniam nieletnich do roboty i wujowo im płacę. Znaczy taki chiński Buddy Valastro ze mnie ;) 


czwartek, 5 stycznia 2017

o tym jak obaj przegrali

Oddycham od kilku dni do torebki.
Miałam się nie odzywać, ale przecież nie byłabym sobą.
Serio nie mogę już czytać nagłówków w sprawie morderstwa w Ełku. Po raz setny dochodzę do wniosku, że lewica jest równie pojebana, co pislamoprawica.
Obcokrajowiec, kucharz z knajpy, zadźgał miejscowego Sebixa, który wraz z kumplem postanowił nie zapłacić za dwie butelki Coli czy innego Sprite.
Dodatkowo naubliżał właścicielowi kebaba i obsłudze, mówiąc m.in. "na kolana psie".
To z petardą, to ponoć po morderstwie się stało, tak przynajmniej twierdzą na Polsacie (http://www.polsatnews.pl/…/elk-petarde-do-baru-z-kebabem-w…/).
Obcokrajowiec płacze i żałuje, bo nie chciał nikomu życia odebrać. Po prostu, zdaje się, poniewczasie się zorientował, że dźganie nożem w serce i nery może spowodować denata.
A teraz z autopsji.
Pisałam Państwu szczerze, jak gdzieś tam, bo do spowiedzi nie chodzę, o zeszłorocznych szykanach jakich doświadczali moi synowie w angielskich szkołach. Dla tych co ominęli, pszę bardzo, linczkuję:
http://nietypowamatkapolka.blogspot.co.uk/search?q=bullying
Moi synowie nie usłyszeli wprawdzie "na kolana psie", ale że są "gównami z Polski, których tu nikt nie chce", to już tak. Zwłaszcza u starszego syna, długo, dłuuugo każdy szkolny dzień był demonstracją siły. Głównie psychicznej, choć nie tylko. A przypominam, że dzieciak miał wówczas niespełna 12 lat.
Szkoła w gruncie rzeczy ignorowała nasze skargi dopóki nie udaliśmy się z nimi na policję. A i tam zmienialiśmy policjantów prowadzących sprawę, dopóty nie trafiła nam się osoba, która faktycznie podeszła do nas z sercem i troską, rozumiejąc i autentycznie współczując skali i wagi problemu.
Pokonać falę nienawiści było kurewsko trudno, psze Państwa. Zwłaszcza, jak się słyszało od załóżmy pani wicepizdy, tfu, chciałam napisać- wicedyrektorki jednej ze szkół, do których uczęszczał mój syn, że angielskie dziecko może sobie krzyknąć do polskiego dziecka "wypierdalaj do swojego kraju", bo "my tu, w Anglii, mamy demokrację. I na tym polega wolność słowa. A jak ci się nie podoba, zawsze możesz zmienić dziecku szkołę".
To była dla nas ciężka lekcja życia.
Był taki czas gdzie praktycznie codziennie byłam w szkole, a później na lokalnym komisariacie.
I wiecie co?
Były momenty, że leciały mi krokodyle łzy. I nie wiem do teraz czy bardziej ze wściekłości, czy z żalu.
Były momenty, że kurwowałam wraz z Siarą tak, że Eminem to przy nas leszcz zwykły.
Było morze wątpliwości, czy dobrze zrobiliśmy ładując się tutaj.
Były setki przegadanych godzin z dzieciakami, te wszystkie rozmowy o tym, że nie zawsze jest tak, jak być powinno, że życie to nie bajka, a większość ludzi niestety jest na przemian głupia lub zła, tudzież głupia i zła równocześnie. Gadaliśmy o ksenofobii, o tym skąd się bierze. O tym, że prawo jest po naszej stronie i wyegzekwujemy je, choćbyśmy się mieli stać gwiazdami śniadaniowej tv.
W międzyczasie prowadziłam też rozmowy, w dość ostrym tonie, z lokalnym MP i innymi urzędnikami.
I każdego wieczora, zanim moje dzieci poszły spać, powtarzałam im jak ważny jest spokój, opanowanie, strategia i rozwaga. Równocześnie powtarzałam, że jedynym sposobem na przekonanie do siebie ksenofobów jest bycie dobrym człowiekiem. Choć w takich okolicznościach jest to zajebiście niełatwą sprawą.Wiecie jak ciężko jest uczyć dzieci szacunku do kraju, w którym część obywateli traktuje cię jak gówno i tak tez nazywa?
Oczywiście uczyłam też chłopaków, że nie mogą sobie dać dmuchać w kaszę. I tu się przydała wpajana od małego pewność siebie, poczucie humoru i potęga ciętej riposty. Fanga w nos, czasem również.
Gdy pewnego dnia wracałam ze Stiflerem z placu zabaw i postanowiłam zajść po moją najstarszą pociechę do szkoły, usłyszałam jak jeden dzieciak woła za nim "Po co wy, Polacy, w ogóle tu przyjeżdżacie?"
A wtedy mój syn odwrócił się i wypalantował " No hellołłłłłłł....żreć łabędzie Jej Królewskiej Mości i prać skarpetki w londyńskich fontannach. A ty myślałaś, że po co? ".Mina dzieciaków i mamusiek bezcenna. Natomiast mój syn podszedł do mnie z uśmiechem.
Uśmiechem Jokera.
Moim uśmiechem.
Wtedy wiedziałam już, że wygramy.
Dziś od tych, co w zeszłym roku go prześladowali, dostał kartki na święta. Z częścią chodzi do kina. Nadal nie jest najbardziej lubianym dzieckiem w szkole, ale nikt mu nie podskoczy, bo już wiedzą, iż nie na darmo się mówi, że "gdzie diabeł nie może, tam Polaka pośle" (możliwe, że w oryginale było inaczej, ale mi ta wersja bardziej pasuje  )
Jeśli jesteś obcokrajowcem- rasa i religia nieistotna, możecie mi Państwo wierzyć, w końcu my jesteśmy białymi ateistami- uratować może Cię tylko asymilacja z lokalną społecznością (co wcale nie oznacza odcięcia się od korzeni), świecenie obywatelskim przykładem, choćby cię w środku skręcało, spokój i cywilizowane podejście do wszystkich problemów. Jeśli swoje kłopoty postanawiasz rozwiązać samosądem, bądź pewien, że karma wraca. Samosąd spotka i ciebie.
I nigdy nie wygrasz.
To właśnie stało się w Ełku.
Bardzo dobrze wiem, jak czuł się poniżany personel kebaba.
Bardzo dobrze rozumiem, że zmarły zachował się jak gnojek i rozpoczął jatkę.
Wiem też, że początkowo pokrzywdzeni zareagowali niewspółmiernie.
Powiem Państwu więcej.
Gdyby ci ludzie, jak zwykło się mawiać na mojej dzielnicy, tak po prostu "sklepali mu mordę", nie byłoby tego wpisu. Lub byłby taki króciutki, o treści "dobrze zrobili". Nawet, gdyby przypadkiem, podczas szarpaniny, uderzył się głową o coś i zmarł- byłoby przykro, w końcu głupio zginąłby człowiek, ale zwaliłabym to na karb pewnego wpisanego ryzyka, pt. "kozaczysz? możesz dostać po ryju".
Ale nic, NIC nie usprawiedliwia sięgnięcia po nóż i zadźgania choćby gnojka za dwie butelki napoju i słowne poniżanie. A przekroczenie obrony koniecznej musi być surowo karane.
Inaczej dzieciakowi tych, którzy dziś krzyczą, że Tunezyjczyk dobrze zrobił, jutro może odbić palma, zajumie ze spożywczaka paczkę gum Orbit, 2 chupa chupsy i powie właścicielce, że jest starą krową, po czym zostnie zadźgany na miejscu.
Nie ma przyzwolenia zdrowej grupy społecznej na rasizm, ksenofobię, chuligaństwo. Jak i nie powinno być na morderstwa.
Tunezyjczyk miał wybór, dokładnie taki sam, jak my tu mieliśmy, gdy doświadczaliśmy rasizmu i dyskryminacji. Mógł walczyć zgodnie z prawem o swoje (jak już pisałam tutejsza policja i urzędnicy bywają równie opieszali, co polscy), mógł wrócić skąd przybył lub szukać szczęścia gdzie indziej.
Odbieranie życia w imię obrony honoru było bardzo złym wyborem.
Choć wydaje mi się, że jestem w tej opinii odosobniona.
No, ale wiecie jak ze mną jest- pierdolę coraz dziwniejszą "polityczną poprawność".
A na koniec, dla wszystkich osób mieszkających za granicami swojej własnej ojczyzny mam jedną złotą radę- jak najszybciej oswójcie się, że nigdy nie będziecie "u siebie". Nawet, jeśli po 10, 20, czy 30 latach będzie się tak czuli, to zawsze może na waszej drodze pojawić się Sebix, dla którego będziecie tylko Polką, która hajtnęła się z Niemcem, kimś kto ze wszystkich sił usiłuje być bardziej brytyjskim od Brytyjczyka, albo zwykłym wieśniakiem z małego, zapyziałego państwa, które nie każdy potrafi wskazać na mapie. To jest cena, którą się płaci za ...(i tu każdy wpisuje swoj powód emigracji).

sobota, 24 grudnia 2016

Wesołych!!!

Szanowni Państwo,
z okazji nadchodzących Świąt (niezależnie w jakim obrządku je obchodzicie) i za chwilę z okazji Nowego Roku życzę Wam tego, czego akurat potrzebujecie, niezależnie czy to będzie miłość, zdrowie, czy trzysta baniek w gotówce.
Życzę Wam po prostu spełnienia marzeń.
Tym, co w ogóle grudniowych Świąt nie obchodzą i tak wszystkiego dobrego życzę, w końcu trzysta baniek może się przydać.
Nam wszystkim życzę jeszcze spokoju i rozwagi w tym porypanym świecie. 
Wy, drodzy Państwo, możecie mi życzyć szczęśliwego rozwiązania i w ogóle tych takich, co to życzy się ciężarnym ;)
Tak, tak, gdzieś tam w połowie stycznia, jak odwiedzająca nas Mamusia wróci do siebie i będę miała czas, to opiszę Państwu jak to "ubrałam dla żartu raz spodnie męża...i pasowały". Tymczasem trzymajcie się ciepło i w świątecznym szale nie dajcie się zwariować zapominając o tym, co jest naprawdę ważne.
Buziaki :* <3

czwartek, 15 grudnia 2016

O karmieniu piersią i w ogóle cyckach w przestrzeni publicznej, a także o w chuj źle pojętym feminizmie i o tym, że się nie solidaryzuję z kim popadnie, choćby też miał jajniki, bo nie na tym polega sprawiedliwość i równość.


Na wstępie pragnę zaznaczyć, że możecie mi Państwo wierzyć, iż żadne, absolutnie ŻADNE cycki nie są w stanie mnie zszokować. Widziałam mniejsze od moich, większe, bardziej jędrne, mniej jędrne, silikonowe, trącone zębem czasu i bezwzględnym prawem grawitacji. Widziałam karykaturalne piłki lekarskie gwiazd porno, blizny po mastektomii, tez podwójnej oraz kobietę z trzema cyckami. 
Na zdjęciu, ale według mnie się liczy. 

Karmiłam piersią trzykrotnie, miałam trzy biopsje gruboigłowe, przeszłam zapalenie piersi, wiem jak wygląda pierś w przekroju, a nawet widziałam u kumpeli na cycku wstrętnego liszaja. Ponoć od kota. 

Pragnę również dodać, że nie jestem typem „obrzydliwej” księżniczki. Mało co mnie brzydzi. Pawia puszczam w zasadzie tylko gdy widzę polityków, ekspertów chazanopodobnych i komedie romantyczne.

Dalej to pragnę zarysować Państwu sytuację. Wersje są dwie. 

W jednej kobieta, która zdążyła ledwie trzy guziki odpiąć, by nakarmić niemowlaka, przy stoliku w restauracji, została wyproszona przez kelnera do toalety, gdzie miała czynność dokończyć, na co się nie zgodziła, finalnie kończąc w sądzie z pozwem o dyskryminację w ręce. Poniosła klęskę, bo w Polsce nadal patriarchat i matki się dyskryminuje.

Druga- kobieta, która wywaliła pierś karmiąc niemowlaka, goście przy stoliku obok poprosili o interwencję kelnera, który zaproponował rzeczonej Pani, siedzącej do tej pory w centralnym miejscu sali, najbardziej ustronne miejsce- krzesło przy oknie, tuż przy korytarzu do toalety, gdzie mogłaby czynność spokojnie dokończyć. Właściciel proces wygrał, bo według sądu do dyskryminacji nie doszło. 

A teraz bazując na argumentach Państwa przeciw decyzji sądu, ja Państwu wytłumaczę, dlaczego wyrok popieram.

1. "Zabrania się matkom karmić piersią!"
Nikt niczego nikomu nie zabrania. Mamę karmiącą prosi się o dyskrecję ze względu na to, że część społeczeństwa czuje się w najlepszym wypadku zmieszana oglądając Twoje piersi. Ja wiem, że Ty tylko karmisz, a nie z naklejonymi gwiazdkami na sutki tańczysz na stole,  jednak większość z nas ma jedną parę cycków. Tych samych, których używamy do karmienia nie wolno pokazywać nam publicznie już pięć minut później, bo grozi za to mandat. Cały czas więc są to te same cycki, co do których utarło się w naszej kulturze, że ich nie pokazujemy i traktujemy jako intymną część ciała. Obcym ludziom, podczas gdy Ty karmisz Brajana, towarzyszą przeróżne emocje. Też negatywne. Jeśli nic tym nie zyskasz- po kiego w nich je wywoływać? Miej w sobie trochę empatii. Nie zawstydzaj ludzi. Nie wywalaj całego cycka, zainwestuj w chustę, apaszkę, czy pieluchę tetrową. Jeszcze nie widziałam żeby ktoś przyczepił się do kobiety, która przysłonięta karmi sobie dziecko. Wilk syty, owca cała. Ty się nie stresujesz, bo nikt się nie przypieprzy, dziecko się nie stresuje, bo ograniczysz mu bodźce, postronni się nie stresują, bo nie zobaczą tego, czego nie chcą oglądać. Same korzyści. 

2. "Czy widziałaś żeby jakaś kobieta cały cycek do karmienia wywalała?"
Mało, ze widziałam. Ja jednej mało dzieciaka nie zabiłam. 
Wpadłam na nią w gdańskim Carrefourze. Było lato, miała na sobie bluzkę na ramiączkach, całą jedną pierś na wierzchu i niemowlaka przyczepionego do sutka na wysokości, gdzie wiekszośc z nas ma pępek. 
Wpadłam na nią dosłownie. Ja się obróciłam, nie patrząc jak lezę, ona widać też się zagapiła. Ze stoickim spokojem przyjęła moje przeprosiny, a mnie się ręce trzęsły, w końcu wpadając na nią uderzyłam tym samym maleńkie dziecko. Przyłożyła je z powrotem do piersi i poszła wąchać płyny do kąpieli, niczego z historii nie wyciągając. 
Jeśli nie chcesz, żeby mówiono o Tobie, że masz pełnego pampersa zamiast mózgu- nie zachowuj się tak, jakbyś faktycznie mózgu nie miała.

3. "A ja w Wielkiej Brytanii to widziałam kobietę, siedzącą na środku centrum handlowego, karmiącą piersią całkowicie wyjętą z dekoltu i nikt na nią uwagi nie zwracał." 

A ja w Wielkiej Brytanii widziałam faceta w spodniach dresowych, laczkach i do tego koszuli, który czochrał się po jajach i też na niego nikt uwagi nie zwracał. Bo to wygląda tak: jeśli puścisz bąka przy Brytyjczyku, nie tajniaka, ale takiego głośnego piarda i zrobisz to bez krępacji, on najprawdopodobniej zażartuje. I wierz mi, że to wcale nie będzie znaczyło, że w duchu nie pomyśli sobie żeś prostaczka. Oni po prostu są mili i w większości starają się być niekonfliktowi. 

4. "Cholerna, zaściankowa Polska. Emigruję stąd…"
Tylko wybierz kraj rozważnie.  Zachód w tym temacie jest mocno przereklamowany. Gdy wpiszesz w google „breastfeeding” (karmienie piersią) i „cover up” (zakrywanie się) pojawią Ci się zdjęcia ustrojstw sprzedawanych na Ebayu i Amazonie- płacht, chust, prawie plandek itp., służących do dyskretnego karmienia. Dalej to pojawi Ci się strona debate.org, a na niej pytanie z ankiety: czy karmiące piersią matki powinny się zasłonić w przestrzeni publicznej? No i odpowiedź: 64% ankietowanych twierdzi, że tak. Jeszcze dalej będziesz mogła poczytać zachodnie blogi, fora, poradniki dla rodziców, w których opisane są doświadczenia matek, którym zwracano uwagę w różnych zakątkach świata, gdy za mocno eksponowały to, czym karmią. 
Za to słyszałam, że w Nowej Gwinei jest pięknie. No i Papuasi nie powinni Ci robić problemów. 

5. "A w Tajlandii karmi się piersią jak się chce i gdzie się chce. "
A w Tybecie to się „niebiańskie pogrzeby” przeprowadza. Zostawia się zwłoki na powietrzu, coby je ptaki rozszarpały. Jeszcze się takie zwłoki odpowiednio przygotowuje, żeby na pewno zostały tylko kości. Znam też inne ciekawostki dotyczące dalekich krajów. Jak tak sobie opowiadamy, co się dzieje na świecie, to mogę się podzielić…

6. "Nasze matki karmiły nawet w wiejskich kościółkach i nikogo to nie oburzało."
Istnieje pewna różnica między wiejskim kościółkiem, a dobrą restauracją w mieście. Trochę taka jak między imprą w remizie, a balem w hotelu Marriott. 

7. "A papież Franciszek mówił, że można karmić nawet w Kaplicy Sykstyńskiej."
Papież Franciszek jest Twoim autorytetem, nie moim. No, ale dobra- co mówił dokładnie? "wywal cycki i jedziemy z koksem"? 

8. "Mam dość tego, że ktoś mówi mi, jak mam karmić. Jak ma problem z moją piersią, to jego problem."
A ile rzeczy mnie wkurwia! Czasu by mi nie starczyło, żeby wymienić. Ludzie mnie wkurwiają najbardziej. Kretyni mnie wkurwiają. I chamy. Nie dyskryminuję- płeć obojętna. Niestety za życie w społeczeństwie płaci się niejakim ograniczeniem wolności. No bo tak: możesz se kupić 1000 hektarów pod lasem, ogrodzić się wysokim płotem i biegać sobie codziennie rano nago z tatuażem na czole „wszyscyście buce” albo, mieszkając w bloku, musisz przestać napierdalać wiertarką najpóźniej o 22, choćbyś chciała wiercić do rana. 

Usłyszałam od jednej pani, że dla mnie konwenanse i zasady są ważniejsze od ludzi.

Przypominam, że konwenanse i zasady stworzyli ludzie dla ludzi. Dopóki tych „dziwnych”, „przestarzałych” konwenansów i zasad się trzymaliśmy, dopóty sąsiedzi mówili sobie na klatce „dzień dobry”, a „na galowo” nie oznaczało w mini i ecru bluzce, z odsłoniętym pępkiem. Rodzice wychowywali swoje latorośle, bo to poruta była, gdy ktoś zwrócił Twojemu dzieciakowi uwagę. Teraz czytam artykuły o blogerce, która zachwyciła się uwagą grzecznie zwróconą przez obcą kobietę jej synowi, po tym jak ten kilkuletni (4 lata?) chłopczyk panią niechcący kopnął i położył ubłocone buty na siedzeniu w metrze. 
Publiczność szaleje – jaka miła pani, co uwagę grzecznie zwróciła <3 Jaka fajna matka, że pozwoliła uwagę zwrócić swojemu dziecku <3 
Stifler ma przeszło trzy lata. Od ponad roku roku, gdyby Was przypadkiem kopnął, nie zdążylibyście mu uwagi zwrócić. Sam by przeprosił.  Syr obutych (nieobutych również) na siedzenia w komunikacji miejskiej nie zakłada. Na stół w domu też nie. Nie chodzi po ławkach. Kiedyś mu wytłumaczyłam dlaczego tak się nie robi, mimo że inne dzieci na jego oczach właziły. A później konsekwentnie nie pozwalałam. I znów powtarzałam. Aż stało się to dla niego oczywiste, że na ławce się siedzi, a nie po niej skacze.  Chce ktoś o nim artykuł napisać, bo jest w tych czasach chyba rzadszym zjawiskiem,  niż zwrócenie cudzemu dziecku grzecznie uwagi?
Nie wstydzę się faktu, że trzymam się tego, co odchodzi w niebyt. Nie wstydzę się, że Szara Eminencja był jednym z 3 dzieci, które nie były ubrane w dres jadąc do londyńskiego teatru na "Króla Lwa". 
Wracając do meritum- ktoś faktycznie kiedyś może Cię poprosić, abyś przysłoniła pierś karmiąc. Bo się krępuje. Bo go to brzydzi. Bo coś tam. Ty nie musisz się zgodzić, w końcu to „nie Twój problem”. Obowiązku nie masz. 
Kiedyś możesz poprosić kogoś, żeby podał Ci czekoladowe ciasteczka z górnej sklepowej półki, bo nie sięgasz i nie masz czasu latać za obsługą. Ktoś również nie musi się na to zgodzić. W końcu to, że niedostatecznie urosłaś, to nie jego problem. Obowiązku nie ma. Itd. Itp.
Życie w społeczeństwie polega na ciągłym naginaniu się. Musisz być elastyczna. Nie dać się złamać, ale i nie przegiąć.  A konwenanse są potrzebne, żebyśmy do reszty nie schamieli. 

9. "Mam cię w dupie i twoje odczucia, liczy się tylko mój Brajan."
Twój Brajan ważny jest tylko dla Ciebie. Aby być ważnym dla reszty świata musi sobie zasłużyć. Im prędzej się oboje o tym dowiecie, tym lepiej. Ja powtarzam to często moim dzieciom. 


10. "A obrazy Matki Boskiej karmiące Jezusa też mamy pozasłaniać?"
Kuuuufa, naprawdę sądzisz, że ktoś kto ma w domu na ścianie akty, koniecznie chciałby ujrzeć mnie, czy Ciebie nago?

11."Matka karmiąca to najpiękniejszy widok." 
Jak kiedyś zachwycałam się obrazem Muncha, moja mama się mnie spytała „takie bohomazy ci się podobają?”. 
Pozwól każdemu mieć swój najpiękniejszy widok. 

12."Prawdziwe feministki się jednoczą z damską ofiarą."
Tu nie ma ofiary. Nikt nie lubi awanturników, osób roszczeniowych i takich, które mają w dupie uczucia innych. Płeć, wiek, rasa, religia, ilość posiadanych dzieci, czy rozmiar buta nie mają tu nic do rzeczy. 

13."A wszechobecna golizna to już nie razi? A brzuchaty oblech bez koszulki w mieście to se może łazić?" 
Kto powiedział, że nie razi? Razi. Nie raz pisałam, że czuję się zażenowana widokiem nastolatek, przy których przeciętna tirówka się chowa. Że wkurwiają mnie sceny erotyczne w filmach familijnych. Podteksty seksualne w bajkach. Swego czasu roznegliżowane panienki w niedwuznacznych pozach na wystawach w kiosku. Cycki w tle reklamowanego pasztetu. Facet bez koszulki w centrum miasta to burak, niezależnie jak ciepło by nie było. Warzywniak u pani Krysi, tramwaj to nie plaża. Zapewniam Cię, przy stoliku dobrej knajpy koszulki nie zdejmie. Jak i o wydekoltowanej do pasa panience, w cipokryjce (bo spódnicą takiego paska się nie da czasem nazwać) nikt nie powie „młoda dama”. Oczywiście nikt jej też nie zabroni się tak ubierać. Codziennie dokonujemy wyborów czy zachować się z klasą, czy bez. 
Taka anegdotka mi się przypomniała: 
stoję sobie raz w markecie, przy mnie ruda pani w wieku mojej matki. Między nas wchodzi hostessa i mówi „zapraszam panie do stoiska obok”. Nie zdążyłam się odezwać, bo ta druga kobieta mówi, zalotnie trzepocząc rzęsami, „ Może ta pani (tu wskazuje na mnie) się skusi, bo ja to już za stara na takie rzeczy jestem”. Hostessa robi oczy jak 5 zł i pyta „na co pani za stara? Na degustację sera?”. Teraz ruda robi oczy jak pięć złotych i mówi „jakiego sera? Jak się spojrzałam na panią i pani koleżankę, to myślałam, że wy te całe puszapy sprzedajecie. A to o ser chodziło?”
Tak to się załatwia :)

14."Jako feministki powinnyśmy se porobić brelfie (selfie przy karmieniu piersią). Karmić przed sądem, w restauracjach, w środkach komunikacji miejskiej i na torach pociągowych! "

Spoko, nikt nam karmić nie zabrania, możemy to robić i zwisając z żyrandola. Nie mam zamiaru robić sobie brelfie, zdjęcia w windzie, w wannie, ani na tle meblościanki. Nie wstawię bobasa na profilowe i śmieszy mnie, jak ktoś tak robi. Później dostaję zaproszenie do znajomych na fejsie od noworodka podpisanego imieniem i nazwiskiem mojej koleżanki. Czasem wysyłam wiadomość „aleś odmłodniała! Jak ty to robisz?”.

15."Nie jesteś wyzwoloną feministką, jeśli zgadzasz się z tym wyrokiem" 
Wyzwoloną od czego? Od kultury? Rozumu? Empatii? 
Chyba faktycznie nie jestem. Nie ufam ślepo jednej stronie konfliktu, tylko dlatego, że rzekomo poszkodowana ma jajniki, jak ja. Nie jestem zadymiarą. Nie pójdę do boju tam, gdzie rozwiązać sprawę może tetrowa pielucha, za kilka złotych. Nie powyzywam innych kobiet, żeby im pokazać jakie to są głupie, bo się ze mną nie zgadzają. 
Kufa, ja nawet nie oddaję pocałunku w rękę, gdy mnie już jakiś facet w tą rękę całuje. Nie lubię tego, jak jasna cholera, ale przez wzgląd, że dla tego jegomościa jest to forma okazania mi szacunku- on się przede mną nisko kłania, on „całuje rączki pani”, jego tak matka wychowała, że to w dobrym guście i tonie- ja to przełknę. Ja wiem, że on nie chce mnie obrazić. Więc ja to przeżyję. Nawet jak mi tą łapę obślini, mnie korona z głowy nie spadnie, bo potrafię się wczuć w to, co nim kieruje. Z tego też powodu przysłaniałam cycka, gdy karmiłam przy kimś innym niż mąż, mama, kuzynka, bliska kumpela, itd. Dla mnie to też jest niepojęte, że widok karmiącej matki może kogoś brzydzić. Ale wiele ludzkich zachowań jest dla mnie niepojętych, a jednak staram się ludzi i uczucia szanować, jakkolwiek dziwni by dla mnie nie byli. W końcu dopóki mi Państwo tego domku na Karaibach nie zasponsorujecie, jakoś muszę tu żyć. A żyjąc tu nie będę podgrzewała atmosfery popuszczając wodze fantazji, że dziecko przesz wyje z bólu i głodu, a ludzie się do gołego cycka w restauracji dowalają. Taaa. Serio. Jedna babeczka napisała na forum o tym bólu :)... Choć gdybym chciała, byłabym w tym dobra. Mogłabym nawet połączyć kilka wersji. Posłuchajcie:

Była ciemna noc. Na dworze lało i szalała burza. W pewnej sopockiej restauracji, pewien zły kelner wyrwał matce, która zdążyła dopiero trzy guziki bluzki odpiąć, od piersi płaczącego niemowlaka i wrzucił do toalety. Doszło do dyskryminacji! Mało tego- do zamachu na wszystkie matki karmiące w Polsce. I na wszystkie dzieci, rzecz jasna.  I wtedy właśnie przez okno wleciały smoki….

p.s. Nie musicie się ze mna zgadzać. Zachowajcie kulturę wypowiedzi (przeklinać nie- personalnie oczywiście można, nawet wskazane, żebym nie czuła się samotna ;) ). Dajcie sobie spokój z najeżdżaniem na innych, opowiedzcie o własnych odczuciach i doświadczeniach. 

peace and love <3 ;)