poniedziałek, 26 września 2016

Pudrowanie syfa

Jest jeszcze ktoś, kto nie słyszał o Rafale Betlejewskim i jego najnowszej „Prowokacji”?
Na wszelki wypadek szybko streszczę.
Pan Betlejewski (ponoć dziennikarz, artysta, performer) wymyślił sobie takie oto gówno, które nazwał „eksperymentem społecznym”: zatrudnił aktorów, którzy udawali pracodawców, no i zaprosił na rozmowy kwalifikacyjne zwykłych, szarych ludzi.
A, nie! Sorry, zaprosił „zdesperowanych ludzi”. A dokładnie… „ Byli to ludzie, dla których praca – jakakolwiek praca – jest jedyną drogą do wydobycia się z beznadziei, w której się znaleźli. Miałem przed sobą ludzi zdesperowanych – albo, mówiąc innym językiem, bardzo zmotywowanych, gotowych na wiele. Czy na wszystko?” (źródło: Pan Rafcio Empatia Betlejewski na Medium Publicznym, tu linczek-http://mediumpubliczne.pl/…/eksperyment-spoleczny-w-radomi…/).
Na co gotowi byli ci zdesperowani ludzie? Ano, były policjant gotów był szmuglować w pampersie „ciapatych” za 18 tysięcy miesięcznie. Starszy pan, prawdopodobnie emeryt, wstępnie zgodził się zostać dilerem, a nawet wstrzykiwać po przeszkoleniu herę swoim klientom. A puszysta Pani zgodziła się schudnąć przez kilka miesięcy 15 kilo, wymasować kark prezesa, zapewniała, że potrafi zrobić przysiady i dała się wyzwać od „grubasów”. Tu na marginesie dodam, że została osobistą „bohaterką” pana (celowo z małej, jakby się dało jeszcze zmniejszyć czcionkę na fejsie, to bym to właśnie zrobiła) Rafała, więc tuż po tym, a może przed tym, jak wyskoczył z okrzykiem „Betlejewski Prowokacje!”, to nawet ją, kuźwa, przytulił. Czyż to nie cudowny, wrażliwy człowiek?!
I w tym momencie i moją bohaterką została, bo nie jest nigdzie napisane, aby oddała przytulenie z otwartej ręki, prosto w twarz (ewentualnie prawym sierpowym), co ja bym w powyższym przypadku niechybnie uczyniła, nie zważając na możliwe konsekwencje.
Gówno to, jak tłumaczy Rafał Empatia miało cel trojaki- odkrywcze uświadomienie nam chujowej sytuacji na rynku pracy, pokazanie do czego zdolni są zdesperowani ludzie oraz NAUCZENIE KANDYDATÓW NA PRACOWNIKÓW SZACUNKU DO SIEBIE.
Pała, kurwa, pała z wszystkiego, panie Betlejewski! A już najbardziej to z szacunku do ludzi i zwykłej, ludzkiej przyzwoitości.
1) Taki „eksperyment” mógłby być uznany wyłącznie na Uniwersytecie im. Bolka i Lolka. Zatwierdzony przez rektora Rumcajsa, popartego przez doktora Reksia.
Nie nazywajmy szamba perfumerią, a show kosztem zdesperowanych ludzi „eksperymentem”.
2) Show nie wniosło NIC nowego, o czym przeciętny Kowalski by nie wiedział. Pana zaskakuje, że pracodawca potrafi być skurwysynem wykorzystującym determinację pracownika/kandydata na pracownika? Nie? A Panią? Też nie? Mnie również nie. Kto miał być zatem tym zaskoczonym odbiorcą? Dzieci?
3) Show nie wniosło ogólnie nic nowego, wszak nie od dziś wiadomo, że ludzie postawieni pod ścianą skłonni są do znacznie gorszych rzeczy niż szmuglowanie „ciapatych”. Pan Betlejewski pewnie na wiadomość, że skrajnie głodni ludzie są w stanie zjeść ludzkie zwłoki, albo nawet zamordować kogoś celem późniejszej konsumpcji wyraziłby swoje szczere zdziwienie. Zdaje się, że ktoś tu spał, jak w szkole „Medaliony” omawiano. A i współcześnie ludzie się ogłaszają, że nerkę chcą sprzedać, gdyż pilnie potrzebują pieniędzy, więc gdzie tu, do cholery, coś odkrywczego w tym wszystkim?
4) Pan Betlejewski w całej swojej empatii zapomniał, że bezrobotni ostatnie pieniądze potrafią wydać na bilet, aby się dostać na taką rozmowę kwalifikacyjną, a tam buc jakiś, cyrkowy showman niemalże, po tym jak ich upokorzy, omami wizją lepszego jutra, wyskoczy z okrzykiem „Betlejewski Prowokacje!”
5) Kogo ten bubek chce godności uczyć? Tego starszego Pana, który, jak sam Betlejewski twierdzi, jest prawdopodobnie emerytem. Nikt mu nie powiedział, że ponad połowa polskich emerytów żyje za mniej niż 10 zł dziennie i tym samym z godności już dawno zostali odarci przez naszych skurwysyńskich polityków? Szkoda, że Rafcio nie wpadł na to, aby tych z Wiejskiej powkręcać i pokazać do czego oni byliby zdolni, by zdeptać zwykłych ludzi i pozostać przy korycie. Tymczasem czuję, że w następnym odcinku Betlejewski udowodni nam, że gdyby emeryci się szanowali, to leżeliby teraz na Majorce, zamiast złom i butelki sprzedawać, po kilkudziesięciu latach uczciwej pracy…
6) Czy wyobrażacie sobie Państwo, że dopiero po oburzonych głosach internautów, wśród nich psychologów, socjologów podpisanych imieniem i nazwiskiem, Medium Publiczne postanowiło ukryć twarze na zdjęciu przedstawiającym ludzi, którzy wzięli udział w show Betlejewskiego. Początkowo każdy mógł wykrzyknąć „o, patrz, Zdzichu! Toć to Kryśkę wyzwali od grubasów i musiała kark jakiemuś gościowi masować”
7) Pan Betlejewski oprócz fali krytyki pod swoim adresem (i przy okazji adresem Medium Publicznego) zapoczątkował również falę komentarzy pryszczatych Krzysiów i Luizek pt. „ci ludzie sami są sobie winni, mogli odmówić”. Tylko, co pryszczata Luiza wie o życiu, drodzy Państwo? Co pryszczaty Krzyś wie o polskim rynku pracy? O tym, że w wieku 45 lat, bez szczególnej specjalizacji, bez niepełnosprawności, dla potencjalnego pracodawcy często jest się już emerytem? Co taki jeden, czy drugi głupek na utrzymaniu mamusi wie o sytuacji, gdy w domu czeka na ciebie chore dziecko, któremu nasze polskie państwo nie refunduje leczenia? Co wie o sytuacji, gdzie nie masz co do gara włożyć, masz półroczne zaległości w czynszu, debet na koncie i od kilku(nastu) miesięcy bezskutecznie szukasz pracy? Te wszystkie pryszcze by wyszły! Dumnie by odmówiły :) Pryszczaty Krzysiu, durna Luizko- gdybym nie miała pieniędzy na leczenie mojego dziecka, gdybym nie miała pieniędzy na jedzenie dla niego, czy na kurtkę na zimę, gdybym nie miała innych opcji- TAK, pozwoliłabym, aby byle skurwiel-pracodawca wyzwał mnie od grubasów, paszczaków, idiotek i chuj wie czego jeszcze. Albowiem ideały-ideałami, a w życiu nikt jeszcze dumą i honorem dzieciakowi brzucha nie napełnił.
8) Na Medium Publicznym jakaś tam pani Dorotka, ponoć tam pracująca, której nazwiska nie pamiętam i nawet nie chcę w akcie zademonstrowania Państwu głębokiej pogardy dla takich osób, pyta retorycznie „jak bardzo można dla pracy się SKUNDLIĆ?”. Nazwiska nie zapamiętałam, twarz owszem. Mam nadzieję, że będziemy kiedyś sąsiadkami. Jak twoje dziecko, Dorotko, zachoruje na takiego siatkówczaka i przyjdzie ci dowiedzieć się ile musisz samodzielnie uzbierać, aby uratować mu oko, stanę nad tobą i spytam się „jak bardzo jesteś w stanie się SKUNDLIĆ, aby to zrobić?”
9) Jeśli jakikolwiek polski gnój-pracodawca nie wiedział, na ile może sobie pozwolić, to właśnie pan Betlejewski go postanowił oświecić.
10) Gdyby to był faktyczny eksperyment społeczny, mający na celu ukazanie polskiego rynku pracy, role byłyby odwrócone- aktorzy chodziliby na faktyczne rozmowy o pracę i obnażali prawdę o pracodawcach.
Od wczoraj pan Betlejewski przeprasza uczestników programu. Zapewnia, że wśród ekipy był psycholog (żądam nazwiska „psychologa”, co się zgodził brać udział w czymś tak nieetycznym, aby w razie potrzeby moi znajomi mogli go omijać na milę!). Przeprasza i równocześnie wstawia u siebie, na stronie, linki do osób z Medium Publicznego, które go popierają. Wstawiając link do przeprosin pisze, że internautów cechuje „moralny animusz”.
Dlatego powstała ta notka. Pan Betlejewski nadal nic nie rozumie. I jest mu zdaje się tak samo przykro, jak było gdy śmiał się na antenie TOK FM z gwałtów http://natemat.pl/34243,kpil-z-gwaltow-w-audycji-tok-fm-raf…
Serdecznie zapraszam Państwa do bojkotowania jego programów, tudzież programów do których zostanie zaproszony. Niech się sam brandzluje przed lustrem, dumny niesamowicie ze swojego geniuszu, wrażliwości i empatii.

czwartek, 22 września 2016

czarny protest

12-latka w kieleckim szpitalu urodziła dziecko. Ponoć "nie wiedziała do końca co się dzieje".
Wiedziałaby, gdyby w Polsce inwestowano w edukację seksualną, a nie w lekcje o gadającym wężu i niepokalanym poczęciu, które z nauką de facto nie mają nic wspólnego.
Wiedziałaby, gdybyśmy za polityków nie mieli w Polsce mizoginów i idiotów, którzy twierdzą, że woleliby, aby ich dziecko "było pogłaskane przez pedofila, niż trafiło na lekcje edukacji seksualnej" (JKM), czy też tych, którzy otwarcie pedofilii bronią, jak poseł Pięta wypowiadający się w sprawie zboczeńca w sutannie z Koniakowa.
O polskich politykach można by pisać wiele. Jedno jest pewne, że obecni, ci u władzy, są czopkami tych, do których wszyscy mówią "ojcze", a ich własne dzieci "wujku". A ci z kolei, póki kilkuletni chłopcy w ciążę zajść nie mogą, a kochankę nadal można za pieniądze parafian w prywatnej klinice wyskrobać, nie zrobią nic, absolutnie nic, aby pomóc polskim kobietom.
Moja koleżanka, matka jednego chłopca, kilka dni temu dowiedziała się, że jest w drugiej ciąży.
Przedwczoraj dowiedziała się, że ma raka.
Czy będzie jej dane usunąć 5-tygodniową ciążę i podjąć się leczenia, by 4-letni Kuba miał nadal mamę, czy straci swoje prawa do życia? Czy, jak setki tysięcy innych kobiet, stanie się w świetle prawa tylko inkubatorem? Czy czuwać nad jej ciążą będzie nie tylko ginekolog, ale i policja?
Tak, aborcja jest złem.
Dla MNIE. Według MNIE.
Jednak nie większym niż urodzenie dziecka przez dziecko, czy zabicie kobiety poprzez odmowę jej leczenia.
Nie większym niż zmuszenie zgwałconej kobiety do odczuwania przez 9 miesięcy dziecka gwałciciela w sobie, a później obarczenie jej ryzykiem porodu i dalszą traumą wychowywania bądź oddania tegoż dziecka do adopcji. Pamiętajcie, że tą "kobietą" może być kolejna 12-latka, zgwałcona choćby przez "kochającego" tatusia, czy dziadzia.
Zawsze marzyłam o wielkiej rodzinie.
JA marzyłam. JA chciałam ją mieć.
I JA byłam w komfortowej sytuacji, będąc w pełni zdrową, świadomą, pełnoletnią, urodzenia trójki równie zdrowych dzieci własnego męża.
To był mój wybór i mojego partnera, niczyj więcej.
Nie próbuję nawet wyobrazić sobie, co będzie musiała czuć kobieta, w znacznie odmiennej od mojej sytuacji, rodząca ciężko chore dziecko, które przeżyje w męczarniach lub na prochach kilka godzin. Poród może odbyć się kosztem jej zdrowia. I wszystko to dlatego, że jakieś aroganckie gnoje, płci obojga, wiedzą lepiej co dla niej i dla tego malucha jest lepsze. Lepiej od niej. Lepiej od lekarzy, którzy chcą inwestować w rozwój nauki, a nie rydzykowe interesy.
I najgorsze jest, że te gnoje wiedzą to z daleka. Z sejmu. Z chorych pro-life fundacji, które zainteresowane są pomocą dzieciom do momentu narodzin, bo, jak powszechnie wiadomo, gdy już niepełnosprawne dziecko przyjdzie na świat jest zdane wyłącznie na swoich opiekunów. Przestaje być dla gnoi ważne, a dla państwa staje się zbędnym, bezużytecznym balastem, natomiast jego zrozpaczeni, przemęczeni do granic możliwości i zdesperowani w walce o życie i godność dziecka rodzice- upierdliwymi żebrakami, których należy odganiać, jak natrętne muchy.
Przykład humanitaryzmu naszych elit mieliśmy, gdy zapłakani rodzice błagali w sejmie o pomoc, kilka lat temu. I oczywiście guzik w sumie wywalczyli.
Przykład humanitaryzmu mamy na co dzień, gdy pro-life pierdoli o tym, jak paskudna jest aborcja i w ramach wsparcia rodziców dzieci obarczonych ciężką genetyczną chorobą zapewnia...modlitwę za te dzieciaki, czy też duchową adopcję.
Bo od formalno-prawnej adopcji Bobrze strzeż!
Toć kto by sobie taki "kłopot" na głowę brał?
Dr Chazan? No nie sądzę.
Przykład humanitaryzmu mamy wtedy, gdy brakuje miejsc dla dzieci w żłobkach, w przedszkolach, ośrodkach rehabilitacyjnych, itd. Matki po urodzeniu dzieciaka nie mogą wrócić do pracy, tym samym mając często problem co pod koniec miesiąca do gara włożyć, aby to, tak dzielnie bronione przez pro-life życie, przetrwało bez niedożywienia. Zaawansowanego przynajmniej...
Nie mają czym zapłacić za buty na zimę dla tego dzieciaka, bo wyobraźcie sobie, pro-life`owcy, że w sklepie za "Ojcze nasz" się nic nie kupi. W aptece również. A to niespodzianka, co?
Przykład humanitaryzmu mamy dziś, gdy Pani Łukomska- Pyżalska dostaje swoje 500+ w całkiem pokaźnej kwocie, a samotna matka jednego dziecka, żyjąca za najniższą krajową, w wynajętym mieszkaniu, już nie.
Przykładem humanitaryzmu jest pozwolenie na urodzenie ósmego dziecka, kobiecie gwałconej przez pijanego męża, w Pcimiu Dolnym. Mimo, że ona pozostałej siódemki nie ma czym wykarmić.
Przykładem humanitaryzmu będzie zmuszenie matki Madzi i jej podobnych do urodzenia kolejnego potomka. Bo aborcja to "grzech i przestępstwo".
Czy standardem w polskich szpitalach stanie się opieka lekarzy pokroju Chazana? (http://mamadu.pl/129059,przepraszam-a-pan-jest-wierzacy-czy…).
Słyszeliście już o dr Krysztofiaku? (http://www.gs24.pl/…/5532722,za-poglady-na-bruk-rektor-wymo…)
Czy teraz przyjdzie czas na lekarzy pokroju prof. Dębskiego?


piątek, 16 września 2016

wychowana na Reksiu

KĄCIK ZOOLOGICZNY
Wszystko zaczęło się od zdziry Marleny...
Tak, od zdziry, w końcu nikt kto się szanuje nie pokazuje cycków nieznajomym.
A ja, co nie wyszłam prania wywiesić, to Marlena- pach! na glebę i osiem par cycków dumnie leżąc na plerach wyprężała!
Tak, Marlena jest kotem sąsiadów. Nie jest jakąś laską po Czarnobylu, czy coś.
W zasadzie Marlena, to nawet nie Marlena, ale ja wszystkie koty sąsiadów po polsku ponazywałam.
No takie zboczenie.
Słyszałam, że niektórzy księża mają gorsze, więc moim nie ma się co ekscytować.
W każdym razie lampucera Marlena przychodziła do moich kotów miesiąc z okładem. A pewnego dnia to zauważyłam, że Marlena ma alergię, bo się drapie jak pojebana.
I Rychu ma alergię.
I Psot ma alergię.
I se myślę- „biedne kotki”-bo sama alergiczką jestem, też się czasem drapię i wiem, jakie to upierdliwe.
Nadążacie Państwo?
Trzy koty siedzą w rzędzie, drapią się w tempie techno, z regularnością z jaką podają numery konta w Radiu Maryja, a stara, 32-letnia, krowa patrzy i se myśli, że „biedne kotki” i że „alergia”...
Przyznaję, że gdyby na moim gorszym dniu oprzeć losy ludzkości,
to byście Państwo dziś kwadrat toczyli.
Ta refleksja o alergii naszła mnie tuż przed wyjazdem do New Forest, więc nie miałam czasu długo o tym myśleć, tylko żeśmy się spakowali i na wakacje ruszyli. I nie wiem czy to kwestia tego, że pchły już były odchowane, zapoznane z kotami i zaczęło im się nudzić, czy może raczej tego, że wszyscy jesteśmy bardzo ładni więc po prostu na nas poleciały, ale faktem pozostaje to, że nie wiedziałam, iż moje dzieci, moi synowie, potrafią mieć skalę głosu jak Maria Callas, gdy na nich mały robaczek skoczy.
Albo dwa.
Albo osiem.
I to jednego dnia.
Popędziłam do najbliższego zoologicznego, gdzie przemiły pan, uśmiechnięty od ucha do ucha, wręczył mi „spot-on”. Takie kropelki na pchły, co to się kotom w kark wciera, a one zdychają.
Pchły, nie koty.
Ponieważ nam się rzadko trafia coś normalnego w życiu, tak i pchły trafiły się nam takie, które prawdopodobnie przeżyły Nagasaki i Hiroszimę, toteż po kropelkach przesłały pozdrowienia środkowym palcem, a my tak dwanaście, jak i dwadzieścia cztery, a nawet siedemdziesiąt dwie godziny później, przy wyczesywaniu, znajdowaliśmy nadal żywe osobniki. I co gorsze- żwawe, jak piosenkarki z Jarzębiny.
Wróciłam do zoologicznego zatem i mówię, że potrzebuję więcej tych kropli, a pan, uśmiechnięty od ucha do ucha, mi mówi z kolei, że nie da, bo to pięć tygodni musi minąć, żeby kotom nie zaszkodziło.
- A co z pchłami?
- Ano za dwa tygodnie możemy spróbować im dać tabletki, bo mają ten sam środek pchlobójczy w odpowiednim stężeniu.
-A do tego czasu?
-Wyczesywać.
No to żeśmy wyczesywali.
Po godzinie dziennie średnio.
Po tych dwóch tygodniach, to z samego futra szło dwa nowe koty ulepić. Dodatkowo codzienne odkurzanie, trzepanie koców i w ogóle frajda na całego, ahoj, przygodo! i te sprawy.
Ja nie mam problemów z dawaniem kotom tabletek, pod warunkiem oczywiście, że im włożę rozkruszoną pigułę w jakieś żarcie. Wcinają wtedy, aż im się uszy trzęsą. Jak je kocham, tak inteligencji ich bym nie przeceniała. Myślę, że jakby ludźmi były, to by się zapisały do jakiego ONRu, czy innego stowarzyszenia, dla osób potrzebujących specjalnej atencji. W każdym razie po rzeczonych tabletkach na Rychu znalazłam jedną martwą pchłę. Dziś twierdzę, że padła z przeżarcia, ze starości, albo ze śmiechu, jak widziała, że te tabletki odwijam.
Dobrze, że w chacie nie mam mikroskopu, bo założę się, że cała reszta pokazywała mi w tym czasie dupę.
Jak łatwo się domyślić po nieudanej akcji pod kryptonimem „napalmem w te pieprzone gówna”, udałam się do kolejnego zoologicznego, ominęłam uśmiechniętego sprzedawcę i sama załadowałam do koszyka to, co mi poradziła mama- szampon przeciwpchelny i takąż obrożę.
Przy kasie pani zagaiła:
- O, pies pchły podłapał?
- Koty- sprostowałam
- Ale to szampon dla psów!
- No shit, Sherlock!- miałam ochotę powiedzieć, bo na opakowaniu siedział labrador, ale odrzekłam tylko- A bo dla kotów nie macie. W każdym razie to szampon przeciw pchłom. Pchły to pchły, co za różnica?
- No jest różnica. Szampon dla psów jest toksyczny. One mogą zdechnąć.
Matko, jaka kretynka mnie się trafiła, jak zwykle…
- Ja chcę żeby zdechły! Chcę się pozbyć tych cholernych pcheł!
- Ale ja mówię o kotach…
No masz, kurwa!
- To u was nie dostanę szamponu dla kotów?
- Nigdzie nie dostaniesz. Nie ma takiego. – i głupia pinda suszy zęby, jak ja trzeci tydzień ze Szwadronem Śmierci walczę.
- A obroże?
- A obroże są dla kotów, możesz wziąć.
- A bezpieczna po spot-on`ie i tabletkach?
- Taaaa, one to taki pic i tak tam mało co działają, jeśli w ogóle cokolwiek.
Poczułam, jak mi szczęka opada. Normalnie się kobieta w zoologicznym marnuje, a mogłaby już w Amwayu jakim karierę robić, jako specjalistka od marketingu.
- To co działa, co istnieje i co mogę wziąć?
- Spray działa. Miałaś spray? Nie? A jakie miałaś tabletki i spot-on? To zaraz coś dobierzemy.
Myślę, z perspektywy czasu, że tym sprayem, to tym pchłom nawet brydża nie przerwałam. Pewnie założyły sobie mikro-maski przeciwgazowe i przewróciły oczami, że „kuuufffa, ta dalej swoje”.
Zakładając, że chcę mieć rodzinę wielodzietną miałam na myśli własne dzieci, a nie setkę małych pcheł. No i wiecie co mówią- forum wspiera, forum radzi, forum nigdy cię nie zdradzi- a zatem: drodzy Forumowicze, drogie Kocie Matki i Koci Ojcowie- ja wiem, że nie ma co wpadać w panikę, ale to już czwarty tydzień, więc NA LITOŚĆ BOBRA, HELPUNKUUU!!!



czy polskie gówno śmierdzi bardziej niż zagraniczne?

Ciśnienie, lepiej niż poranna kawa, podniósł mi dziś pewien artykuł o tym, jak to "masy" Polaków w UK poczuły się zaskoczone rasistowskimi atakami, a przecież czuli się "białymi panami", co to ramię w ramię, wraz z Brytyjczykami, mogą gardzić "ciapatymi" i całą resztą.
Powiem Wam, że nikt nie robi takiej kreciej roboty Polonii w UK (czy w ogóle Polonii), jak ci, co piszą takie brednie. I bredniami nie nazywam tu faktu, że część naszych rodaków na wyspach to pierdolnięte ksenofoby, dla których każdy czarnoskóry obywatel to "brudas", bo tak jest. Brednią jest natomiast pisanie o masach, bo są to dokładnie takie same "masy", jak w Polsce.
Skopiuję Wam komentarz, który zamieściłam pod tym artykułem:
" Te "masy" to dokładnie taki sam odsetek, jaki mamy odsetek nacjonalistów w ojczyźnie. Prawdziwe masy, to przyjechały do UK po prostu pracować i godnie żyć. Wszyscy moi polscy znajomi w UK mówią biegle po angielsku, szanują angielskie prawo, tradycje i obywateli, mają stałe prace, często od wielu lat. Bardziej od polskich śmiesznych bojówek, interesują ich własne rodziny i na nich są skupieni. "Ciapatych" to mamy znajomych, sąsiadów, a już na pewno- lekarzy. Każdy z nas spotkał się tu z jakimś rodzajem dyskryminacji. Moi synowie byli kilkukrotnie pobici w angielskich szkołach. Towarzyszące pobiciom okrzyki "wynoś się do swojego kraju" wicedyrektorka angielskiej szkoły podstawowej skwitowała słowami "w Anglii mamy demokrację i dzieci mogą krzyczeć co chcą". Do tej pory mój syn słyszy w szkole "nie będę koło niego siedzieć, bo jest z Polski". Nie mówią tego pojedyncze dzieciaki. Tak mówi większość. "Masy", jakby to redaktor nazwał. Znajomy Słowak usłyszał w pracy od przełożonego "pracuj, czarnuchu, pracuj, bo już niedługo wszyscy będziecie stąd wypierdalać". U mojego kuzyna w robocie zaś, Anglicy milkną na jego widok, od czasu referendum. "Oczywiście nie są rasistami, aleee....". Co się dzieje z ludźmi? Z mediami? Zamiast piętnować rasizm, na siłę staracie się udowodnić, właściwie co? Że Polacy sobie zasłużyli? "Bo u nas to Murzynów bijooo"? Kto bije? Ja? Pan redaktor? Czy oszołomy, które zdarzają się w każdym społeczeństwie? Już w latach 80 mój ojciec był goniony na dworcu w Berlinie przez tamtejszych rasistów, gdy usłyszeli jak mówi do kolegi po polsku. Prawdziwe masy, redaktorze (tu nazwisko redaktora, które niechlubnie pomyliłam) przyjechały tu, do UK, aby wychowywać dzieci w atmosferze tolerancji, multikulturowości - zupełnie przeciwnie, niż w naszym polskim zaścianku. Tak nam się, naiwniakom, wówczas wydawało. Zdaje się, że z takiego samego założenia Pan wyszedł, pisząc artykuł z Polski :) A na miejscu spotkała ich (mnie) niespodzianka, bowiem okazało się, że panuje tu dokładnie takie samo gówno i taka sama eskalacja nienawiści do obcokrajowców, sprytnie podkręcana przez polityków pro-Brexitowych. Od czerwca ludzie się tu nie pozmieniali. Po prostu pospadały im kagańce. Pszę wybaczyć język, ale wszędzie jest dokładnie to samo- świat jest piękny, tylko ludzie to kurwy."
Może Państwo są mi w stanie odpowiedzieć co się dzieje z ludźmi?
Z Polakami, konkretnie?
Nie mówię tu o pisooszołomach, przesiąkniętych nienawiścią do wszystkiego, co nie po linii partii.
Mówię tu o ludziach, którzy określają siebie mianem "lewicowych".
Czytam, w takim dajmy Newsweek Polska, o śmiertelnym pobiciu Polaka w Harlow. Czytam tak artykuł jak i komentarze: "a w Polsce, w tramwaju, pobito profesora, bo mówił po niemiecku".
"Mój kolega, z Libii, to w Ciechocinku notorycznie nie ma życia".
i moje ulubione:
"haha, polaczkom się wydawało, że mogą gnoić, a sami nie będą gnojeni, a tu taki suprajz"
Ludzie, kurwa, mój Bobrze, co się z Wami dzieje?
Czy w realu, jak koleżanka mówi Wam, że jej mama zmarła, też zaczynacie rozmowę od "a mnie zmarł tata"?
Albo
"Twoja rodzina, to zawsze jakaś popierdolona była"?
Jeśli tak, to teraz ciocia Nietypowa nauczy Was chętnie podstawowych zasad kultury.
W przypadku śmierci Polaka na obczyźnie należy umieścić pod źródłem komentarz: „bardzo mi przykro, współczucia dla rodziny i bliskich, należy jak najszybciej złapać i surowo osądzić winnych. Ta sprawa nie może zostać niezauważona.” Udostępniamy, śledzimy przebieg, itd., itp.
W przypadku śmierci obcokrajowca w Polsce należy umieścić pod źródłem komentarz „bardzo mi przykro, współczucia dla rodziny i bliskich, należy jak najszybciej złapać i surowo osądzić winnych. Ta sprawa nie może zostać niezauważona.” Udostępniamy, śledzimy przebieg, itd., itp.
W przypadku pobicia, napaści (także słownej), czy jakiejkolwiek innej formy dyskryminacji zostawiamy podobny, stosowny komentarz.
Tak m.in. okazujemy sprzeciw wobec rasizmu.
Nie robimy natomiast z Polaków potworów, którym wpierdol lub śmierć się należy, bo ja nie czuję, aby mnie się cokolwiek z tego należało, tylko dlatego, że np. ostatnio jakiś pijany burak, w moim ojczystym kraju, w autobusie, zaczepiał Azjatki.
Tudzież, żeby moim dzieciom należał się wpierdol, za pobitego w Polsce profesora.
Jak i mój mąż nie odpowiada za to, co mówią i robią nasi przedstawiciele rządowi w kwestii napaści na obcokrajowców w Polsce.
Odnoszę nieodparte wrażenie, że gdy tu, w UK, krzywda dzieje się jakiejkolwiek innej nacji, niż polskiej, ludzie jednoczą się i ostro protestują.
Gdy krzywda dzieje się Polakowi- ludzie siedem razy wyśmieją rząd, pokłócą się na forum, wrzucając sobie od najgorszych, przy czym nie zabraknie komentarza o „polaczkach dorobkiewiczach ze zmywaka, co to nienawidzą ciapatych, więc mają za swoje”. To "mają za swoje" często jest w domyśle. Często również nie.
Najśmieszniejsze jest to, że takie komentarze umieszczają również ludzie, którzy śmieją się z ziejących nienawiścią prawicowców, gdyż oni to ta humanitarna lewica.
Przez całe lata określałam siebie mianem "lewaka".
Dziś, choć bliżej mi oczywiście do lewicy, jednoznacznie nie opowiem się po żadnej stronie, gdyż absolutnie każda partia w Polsce mnie osobiście rozczarowała.
Człowiekiem się jest, a nie bywa.

piątek, 9 września 2016

o tym jak mój syn został SuperLesbijką

Dziś podpowiem Państwu, jak prawie z sukcesem wytłumaczyć trzyletniemu dziecku meandry homoseksualizmu, czyli kto z kim jest i jak się nazywa.
- A tam się panowie przytulają!- dobiegło Siarę z dziecięcego fotelika, przypiętego do jego roweru.
- Tak, ci panowie to geje- cholera wie czemu postanowił to dodać. On to czasem dziwny jakiś jest.
- Co to są "geje"?- spytał Stifler
I tu, jak później relacjonował Siara, przypomniał sobie złotą zasadę, żeby zawsze dostosowywać przekaz do wieku dziecka. No więc powiedział:
- Gej to chłopak, który kocha chłopaka.
- Aha! - przyjął do wiadomości Stifler.
- Kocham cię!- zawołał do brata, na placu zabaw, 15 minut później
- I ciebie!- to do drugiego brata
- Jestem gejem!- to do wszystkich
Dalej to chwila zawiechy była, po czym przypomniał sobie najwyraźniej, że on to przecież jest Superbohaterem, więc nie może być jakimś tam zwykłym gejem. Zacisnął zatem w górze pięść, jak Superman (gdy leci) i krzyknął:
- SuperGeeej!
W środku dnia krzyknął. Na placu zabaw. Stojąc na szczycie zjeżdżalni.
Gdybyście mnie Państwo kiedyś właśnie na placu zabaw szukali, to ja jestem tą matką, która robi facepalma, przypominam.
A jeśli akurat nie robię, to ja jestem ta z najbardziej płaską twarzą.
Zawołałam zatem SuperGeja i odsunęłam ojca w lekkim szoku.
Ale oczywiście nie, żebym po prostu go odsunęła.
No, nieee... a gdzie tam!
Każda normalna matka bowiem, w takiej chwili odsuwa tatusia z miną: "tatusiowi już dziękujemy, tera mamusia na scenie! Pszę się uczyć, jak to się robi!".
Dalej to kucnęłam- cyk!-żeby być na wysokości oczu dziecka.
To taka sztuczka psychologiczna, żeby kontakt nawiązać lepszy i coby dzieciak lepiej zajarzył.
Zawsze tak robię z dziećmi, a od kiedy zostałam pogryziona- z owczarkami niemieckimi już nie. No i tłumaczę, że...
- Tatusiowi chodziło o to, że jak duży pan ma chłopaka, to wtedy jest gejem.
- Aha!- przytaknął Stifler. A zaraz potem dodał- Ja i tata to geje. Tata jest duży, a ja jestem "jego chłopak".
Ja pierdolę.
-Mamusi chodziło, że jak duży pan nie ma żony, tylko męża, to wtedy jest gejem. I jego mąż też jest gejem.
- Tata jest mężem- gejem?
- Nie, bo tata ma żonę. Gdyby miał męża, to by był.
- A ma?
- No nie ma przecież. Mówię, że ma żonę- mnie.
- I ty jesteś tym gejem?
Tak sobie właśnie wyobrażam przesłuchanie przez komisję smoleńską...
W każdym razie opadła mi do połowy lewa powieka i zaczęła dziwnie drżeć. Jak zwykle.
- Nie jestem. Ja nie mogę być gejem, bo jestem kobietą. Kobieta, która ma żonę, to lesbijka.
-Jesteś lesbijką?
- Nie.
-Tata jest lesbijką?
- Nie.
- A więc to ja jestem lesbijką? SuperLesbijkaaaaa!- i runda po placu z ręką w górze, jak wyżej.
Trzy godziny i sporo komórek nerwowych później, doszliśmy do ładu na przykładzie Taylora, znajomego chłopca, który ma dwie mamy.
A dziś rano, gdy już mi się wydawało, że wszystko zatrybiło, jak trzeba, taka sytuacja:
idziemy sobie po mleko i widzimy nasze małe sąsiadki, wracające z mamą ze sklepu.
- Patrz, Konie (Connie) i Lina (Leah)!- wykrzyknął Stifler i pomachał dziewczynkom.
Po czym na chwilę dosłownie zamarł.
Prawie słychać było takie "DING!" i widać było żarówkę pojawiającą się nad jego głową, jak u Pomysłowego Dobromira. Następnie dał się słyszeć konspiracyjny szept:
- One są dwie i mają jedną mamę! To LESBIJKI, wiesz?
No i uważam, że dzisiejszy alkohol, z całą pewnością, powinien mi zasponsorować ktoś z LGBT. A opić należy, proszę Państwa, coming out mojego najmłodszego syna, który od dwóch godzin jest znowu szczęśliwą lesbijką. SuperLesbijką, rzecz jasna. <3


"w człowieku widzieć brata"

Naprawdę trudno być człowiekiem w dzisiejszych czasach pełnych hien i sępów. Gdzie "dobry" dla wielu jest równoznaczne z "frajer", a donieść na kogoś do Skarbówki jest nadal łatwiej, niż wyciągnąć do kogoś rękę.
Jeszcze trudniej być ubogim człowiekiem w czasach, w których "mieć" jest coraz częściej o wiele bardziej cenione niż "być".
Trudno być starym, w czasach młodych wilków.
Trudno być chorym i przez chorobę zmienionym, gdy wkoło wszyscy piękni jak z okładek Vogue, napompowani botoksowym szczęściem, mierzonym w obwodzie biustu lub mięśni, koniecznie idealnego ciała.
W tych czasach są na szczęście, Bobrowi dzięki, jeszcze ludzie, którzy "w człowieku widzą brata". Jest też dokładnie taka fundacja- Fundacja "W Człowieku Widzieć Brata", którą chciałabym Państwu z co najmniej dwóch powodów przedstawić.
Po pierwsze, powinniście ją Państwo znać i polubić, jeśli sami potrzebujecie pomocy.
"W siedzibie naszej fundacji (...) do odebrania skórzana kanapa i fotel ", "Do oddania również kuchenka gazowa z szafką, płyta elektryczna i wózek inwalidzki dziecięcy. Wszystko do odebrania za darmo w Łodzi... ", to tylko niektóre z ogłoszeń pojawiających się na facebookowej tablicy Fundacji, a mam nadzieję, że im więcej z Państwa polubi ten profil, to z czasem, tym więcej podobnych ogłoszeń będzie się pojawiać.
Po drugie, powinniście ją Państwo znać i polubić, jeśli jesteście w stanie sami w jakimkolwiek, choćby w najmniejszym, stopniu komuś pomóc. Pamiętajcie proszę, że tyle ile potrzeb, tyle form pomocy. Nie chodzi tylko o pieniądze, czy darowizny, ale czasem sam Wasz czas, dosłownie jedna chwila poświęcona na kliknięcie lajka czy udostępnienia postu na fejsie, może spowodować lawinę dalszej pomocy.
Prezeską Fundacji jest Oksana Hałatyn-Burda , wieloletnia dziennikarka społeczna, której żadne ludzkie tematy nie są obce i za której uczciwość osobiście ręczę.
Jeśli jesteśmy przy "osobiście", to osobiście uważam również, że jako naród zdążyliśmy się już wystarczająco podzielić, obrzucić błotem i podłożyć sobie świnię, a nawet całe stada. Najwyższy czas się na nowo złączyć, być ponad wszelkimi podziałami. Tak zwyczajnie, w zależności od potrzeb- dać sobie pomóc lub samemu pomagać.
Udostępniajcie proszę, w kupie siła ;)

piątek, 2 września 2016

bo taka mała imprezka będzie...

We wtorek Szara Eminencja obudził mnie jęczeniem, stojąc nade mną z „przekoszoną” głową.
Mało, kufa, zawału nie dostałam.
Mówiłam już, że Walking Dead oglądam?
A ten stoi, głowę opiera o ramię i dyszy.
No serio, niepoważne te moje dzieci.
Mówię do niego, że spoko, mama wstała i zaraz mu przygotuje jakąś szamę, więc może już nie udawać zombie, a on do mnie, że problem właśnie w tym, że nie może, bo go strasznie mięśnie bolą z jednej strony. Dzień wcześniej byliśmy na rowerach, w drodze powrotnej pędziliśmy, bo się XFactor zaczynał, a wietrznie było. Przewiało go- myślę sobie. Nasmarowałam go maścią na bóle mięśniowe, zrobiłam mu w salonie najlepszą bazę na świecie, taką z domowymi a`la Knopersami pod ręką i delikatnie, co jakiś czas, starałam się rozmasować wyraźnie napięty mięsień.
Nie to, żeby było dobrze, bo Szara Eminencja jest hipochondrykiem i ogólnie, gdyby dano mi wybierać, wolałabym ratować ludzi z płonącego wieżowca, niż masować kogoś, kto w tym czasie googluje „porażenia mięśniowe” oraz „zgony zaczynające się od zdrętwiałej szyi”, po czym dzieli się refleksjami. A sytuacja jeszcze bardziej pogorszyła się późnym popołudniem, gdy na brzuchu dostał wysypki.
- Wygląda jak ospa- zdiagnozowałam go wstępnie w myślach. I w Internecie. Jednakże w grafikach google wszystkie krosty wyglądają jak ospa, a że dodatkowo nie mogłam się do końca zdecydować czy może zachodzić jakaś korelacja między bolącymi mięśniami, a wysypką o nieznanym podłożu, toteż ostatecznie zaczęłam przygotowywać się na pilną wizytą na ostrym dyżurze, gdy tylko Siara wróci z pracy, a zombie uda się ubrać.
- To tylko alergia- zdiagnozował Siara, gdy wrócił z pracy- Nie ma co zawracać dupy tym na ostrym dyżurze. Dałaś mu jakiś lek antyhistaminowy?- zapytał bezczelnie, albowiem pytanie alergiczkę z pokolenia na pokolenie o to, czy wiedziała jak się zachować jest równe z zapytaniem Państwa, czy zawsze jecie bezę widelcem. No, kufa, rejczel!
- Chyba Cię porypało- zasugerowałam zatem nieśmiało.
- Przypominam, że gdy dostał wysypki po trzydniówce zdiagnozowałaś toczeń- zasugerował z kolei nieśmiało Siara
- To się nie liczy, byłam świeżo po obejrzeniu dr House`a i jedyne czego się nauczyłam po angielsku to „lupus” właśnie oraz „It`s nothing personal. I don`t like anybody”.
Koniec końców pojechaliśmy tuż po tym, jak Szary się nas spytał, czy w UK możliwe jest rozrzucenie prochów po kremacji.
Procedurę znamy, bo byliśmy już ze złamanym palcem Don Juana kiedyś.
Najpierw czeka się na poczekalni ogólnej do rejestracji, gdzie przekierowują cię na A&E dziecięcy. Idziesz tam z papierami wypełnionymi przez pierwszą rejestratorkę i czekasz na przyjęcie przez pielęgniarkę, która to robi wstępne rozpoznanie i od niej zależy ile będziesz czekał na spotkanie z lekarzem. No chyba, że masz głowę na włosku, oko w ręce, albo…chciałam napisać coś o mózgu poza czaszką, ale to się akurat wielu osobom zdarza i niemal wszystkim politykom i nikt nie robi "halo", więc zostanę przy dziurze w brzuchu, ale nie chodzi o pępek.
W każdym razie wtedy to sadzają Cię od razu bliżej drzwi.
Tak przypuszczam.
Nas posadzili daleko od drzwi, bo pielęgniarka stwierdziła:
- Szyja, jak szyja, zwykłe naciągnięcie mięśnia, samo przejdzie. Gorzej z tym co ma na brzuchu. To wygląda jak toczeń.
Kurwa, kurwa, kurwa!
A mogłam pierwsza to powiedzieć!
Toć wiedziałam, że „lupus”!
- Aaa, nieee. Te plamy to od drapania chyba jednak. Swędzi cię bardzo?- zwróciła się do Szarej Eminencji, który musiał na chwilę przestać się czochrać, bo nie usłyszał pytania.
- Nie. To na pewno nie toczeń. To zwykła alergia, tak mi się wydaje. Dam mu lek antyhistaminowy i ibuprom na bolącą szyję. Idźcie do poczekalni, zobaczymy co lekarz powie.
A była to godzina 20:45 dokładnie.
Tuż przed pierwszą, gdy spaliśmy na kupie jak Krudowie, postanowiłam nie reagować dopóki poprawnie nie wymówią mojego nazwiska, bo śniło mi się, że jestem szczupła.
Scipanek?... Sciepanek?.... Sssscpanek?
-Szczepanek- krzyknięto całkiem wyraźnie przez głośnik.
Wszędzie ci Polacy!
- Naciągnięty mięsień- powiedziała przemiła lekarz dotykając barku- Nic strasznego, samo przejdzie w przeciągu paru dni, proszę tylko rozmasowywać. A teraz zobaczymy tą wysypkę…oooooo…..klasyczna ospa…poczekaj kochaniutki! - zwróciła się do Szarej Eminencji, po czym zawołała- Kirsty, chodź tutaj!
Następnie podeszła kolejna, przemiła rumiana pani przyszła-doktor (przypuszczam), obmacała krosty, porozciągała wokół nich skórę i powiedziała:
- Aha, ospa. Widziała was wcześniej pielęgniarka? Siedzieliście w ogólnej poczekalni?
- Aha- teraz to ja odpowiedziałam
-To dziwne, bo od zakaźnych mamy izolatkę. Bylibyście szybciej obsłużeni. A jak wyglądała pielęgniarka, która was przyjęła?
Z rozpoznaniem nie mieliśmy problemu, gdyż jakem feministka i uważam, że nie ma brzydkich kobiet, tak muszę z ręką na sercu przyznać, że akurat rzeczona pani urodę miała raczej mocno nienachalną i niesztampową bardzo.
- Zawołaj Philipa, proszę- powiedziała pani doktor do przechodzącego pana z mopem- A ty, kochanieńki, się jeszcze nie ruszaj- to do Szarego, rzecz jasna.
- Aha, ospa. Kilka godzin temu nie było tych krost tak dużo, choć nie wiem, jak mogłem nie rozpoznać. Zawołam Lilly- powiedział Philip, którego (jak Lord Vader) próbowaliśmy udusić bez dotykania, za cztery niepotrzebne godziny w poczekalni.
W tym czasie Szary dół koszulki przeciągnął przez dekolt, jak robi Shakira, wystawił lewą nogę do przodu i wypiął dumnie pierś.
- Co robisz?- spytałam dla formalności
- Myślisz, że w szpitalu nigdy ospy nie widzieli? Chodzi o mnie. Jestem boski. Niech mają, co chcą- będę im pozować, jak męska Anja Rubik.
Dalej to przyszła Lilly, która powiedziała „aha, ospa” i dodała, że widziała już trzy dzisiaj. A pan z mopem spróbował na nas zrobić tą sztuczkę Lorda Vadera, bo mu kazano „dokładnie posprzątać ogólną poczekalnię”.
Potem Szaremu odbiło ze szczęścia, bo na koniec wypisano nam list do szkoły, że jego wakacje będą trwały najmniej tydzień dłużej.
W drodze do domu zaś obmyślałam interes życia, bo tak:
płynąc na fali współczesnej głupoty postanowiłam zrobić „ospa party”. Stówa za wstęp + prezent dla matki chorego. Obojętnie co, ja wybredna nie jestem. Bylebym mogła krzyknąć: „ja pierdolę, toć to prawdziwe brelanty!!!”.
Drugi raz okazji nie przepuszczę. Syn miał kiedyś boreliozę. Mówiłam Siarze wtedy „zróbmy Borelia Event! Obłowimy się, jak urzędnicy z Gdańska, co sprzedawali na lewo komunalne mieszkania”.
Tak, z Gdańska.
To było dawno, o Warszawie wtedy nikt nie mówił.
W każdym razie, wracając do tematu, niestety Siara nie podchwycił.
Teraz też nie chwyta zresztą, ale nie szkodzi.
Dzielnie chodzę na basen z nadzieją, że wkrótce zaproszę Państwa chociaż na „Rzęsistek Show”. Zasady Państwo znacie- stówa za wstęp i jakiś prezent. Koniecznie z brelantem!!!