piątek, 2 grudnia 2016

o dojrzewaniu chłopców

Dziś chciałabym przedstawić Państwu proces dojrzewania chłopców, na przykładzie męskiej części mojej rodziny i ich wyboru odzieży świątecznej (akcja: centrum handlowe)


Stifler
kategoria wiekowa: przedszkolak

-Mamusiu, kupisz mi ten piękny sweterek w bałwanki? Ubiorę go jak przyjdzie Mikołaj. Zobaczy mnie i powie „Uuuu, jaki elegancki chłopczyk i jaki ma piękny sweterek w bałwanki. Dostaniesz chłopczyku jeszcze więcej prezentów. I jeszcze więcej. I igloo z Eskimosem i wielorybem Lego Duplo. I książeczkę. Dwie książeczki. A taki jesteś elegancki, że ci Hungry Hippos dorzucę. I puzzle z Psim Patrolem. I….”




Szara Eminencja
kategoria wiekowa: uczeń szkoły podstawowej

- Mamo, na dwudziestego drugiego potrzebuję jakiś świąteczny sweter, bo mamy Christmas Jumper Day…Wszystko jedno…A nie jest babski?...Obojętnie…Na pewno to czerwony, bo na moje oko różowy?....Bez różnicy…A nie jest babski?



Don Juan
kategoria wiekowa: nastolatek

- Ty wiesz co oni sobie znowu wymyślili?! Christmas Jumper Day! Co my jesteśmy, przedszkolaki?! Nie założę żadnego durnego swetra, z jakimś porypanym bałwankiem!…A mogę se dostać uwagę, wisi mi to!...Dobra, koszulka może być… Nie, nie ta z reniferem. O, ta! Ta jest dobra.




Siara
kategoria wiekowa: dorosły, dojrzały, z własną godnością osobistą prawie 40-latka

- Nie próbuj mi się tego świątecznego badziewia kupować, bo sama w tym będziesz chodzić. Na litość Bobra, mam prawie 40 lat, nie będę jak jakiś debil siedział przy stole z Rudolfem Czerwononosym Reniferem! Trochę klasy trzeba mieć! Trochę godności osobistej! Jak to „co założę”?! Normalnie się ubiorę. Koszulę założę. W kratę. Na luzie. Sami swoi będą. Nie potrzebuję nic nowego…Ejjjjj, noooo, czekaj…Patrz, jaka zajebista koszulka… Hahaha… No zarąbista jest... Hehehe….I to jest klasa…Hihihihi… Zmieniłem zdanie, chcę tą koszulkę…. Hahahahaha. 



Proces dojrzewania, jak widać, nadal trwa.
Będę dawała znać z postępów.
(Ubieram czerwoną kieckę)



wtorek, 22 listopada 2016

gdy twoje dziecko nie chce nosić czapki...

Melduję, że żyję, acz miewam się raczej ciulowo.
Pomijam remont na chacie. Gorsze jest to, że najstarszy synuś mnie załatwił. 
Wszystko zaczęło się od złotej angielskiej jesieni. 
Tak konkretnie, to od kilku dni wieje i leje.
I zdaje się niedawno właśnie, w drugiej połowie listopada w każdym razie, synuś doszedł do wniosku, że czapki są dla leszczy. 
Ba, na wuj czapka?!
Jemu nawet zamek w kurtce niepotrzebny. I tak cały czas rozchełstany chodzi!
Oczywiście wbijam mu do głowy, że "syneczku drogi, mamusia nie ma własnego koncernu farmaceutycznego, ani zapasowego zdrowia dla Ciebie", ale reaguje taką samą ignorancją jak wtedy, gdy go przekonuję, że nie mam własnych wodociągów, gdy siedzi godzinę pod prysznicem. Czy też, że nie mam własnej elektrowni- gdy nie gasi światła.
No i właśnie najpierw siebie załatwił, potem Stiflera, który teraz jako Spiderman strzela pajęczyną z nosa. Powiedzmy pajęczyną. A na końcu załatwił mnie.
Zaczęło się niewinnie od lekkiego kataru. Po kilku godzinach oczy łzawiły mi jak wtedy, gdy Hanka Mostowiak wjechała w kartony. Po północy czerep nad oczami rypał mnie już tak, że stwierdziłam, że wejdę po cichu do jego pokoju, póki śpi i tą cholerną czapkę mu Kropelką do łba przykleję.
Niech se próbuje zdjąć. Powodzenia.
O trzeciej nad ranem, gdy doszły do tego bóle zatok szczękowych, a ja chciałam dokonać domowymi sposobami ekstrakcji kilku zębów tak z górnej, jak i z dolnej szczęki albo od razu seppuku, wpadłam na lepszy pomysł. Zamówię na ebayu maszynkę do tatuażu. A potem wytatuuję mu na czole "Słodki króliczek mamusi". Albo "Kocham Justina Biebera". W życiu już tej pieprzonej czapki nie zdejmie.



niedziela, 13 listopada 2016

złap mnie, jeśli potrafisz

Widziałam ostatnio tweeta jakiejś amerykańskiej blogerki, która napisała, że 75% czasu dzieci poświęcają na zadawanie pytań, a pozostałe 25% na wyjaśnianie nam dlaczego się mylimy...
Stifler: A dlaczego ten samochód zaparkował na trawie?
Ja: Nie wiem. Może nie było innego miejsca? Może kierowcy było tak wygodnie...
Stifler robi niezadowoloną minę. Wspinam się więc na wyżyny rodzicielskiej kreatywności:
-Czekaj, wiem! Zimno jest, może kierowca nie chciał, aby jego samochodzik stał na zimnym betonie i żeby marzły mu oponki. Pewnie mu lepiej na miękkiej trawce.
Stifler się uśmiecha i zamyśla.
A po chwili dodaje:
-Taaak. Albo olej mu kapie i nie chciał pobrudzić podjazdu.
To niezręczne uczucie, gdy w niedzielę, tuż po dziewiątej, zaczynasz sobie zdawać sprawę, że przygotowane kity o zastrzyku mocy (szczepieniu), mogą w poniedziałek nie zadziałać, a w głowie zaczyna Ci się projekcja "złap mnie, jeśli potrafisz" z gabinetem lekarskim w tle i do muzyki Scatman Johna...

czwartek, 3 listopada 2016

ciężkie jest życie trzylatka

Stifler siedzi na ziemi, wokół niego mnóstwo kartek, kredek i mały kubek w Minionka z jogurtem pitnym. Obok leży Psot, jego "najlepszy kumpel od lat". Robię obiad w otwartej kuchni i słyszę, jak Stifciu wzdycha i ciężko się odzywa:
- Dołuje mnie to, że nie umiem ładnie rysować...same kropki...kreski... dziwne kółka. Już dwa lata próbuję narysować samochód, a wychodzą jakieś bazgroły. I właśnie Psot dotknął jajami mojej słomki. Pięknie się ten dzień zaczął...



piątek, 28 października 2016

akcent

Około dwa lata temu...
- I`m going for a walk. Powtórz.
- Ajm going for e łok.
- Łok, to Ty masz synuś, kurna, w chińskiej kuchni. Akcent, dziecko, akcent! A tu? Co to ma być? 2U?
- No, tu ju...
- To Ty, synuś, się angielskiego uczysz, czy grasz w statki?
Foch i obraza majestatu.
Czasy obecne...
- ...to samo gdyby się paliło. I gdyby włamywacz się włamał. I jakby który przestał oddychać. Zawsze pod 999. Byle nie wchodzić do sypialni mamusi przez 45 minut, bo mam opóźnienie w najnowszym Walking Dead.
- W czym?
- W łoking ded.
- Jakim ded?
- Łoking.
- Chyba łokin...czego mnie klepiesz?!
- Bo myślałam, synuś, że się krztusisz. A to Ty tak mówiłeś?
- No tak, poprawiałem Cię, bo masz fatalny akcent.
- Normalnie mówię. Łoking ded.
Jeden zastrzygł uszami i się pod nosem uśmiechnął. Drugi tak otwarcie prychnął śmiechem.
Foch i obraza majestatu.
Dodatkowo żmije na własnym łonie i te sprawy


sobota, 22 października 2016

o tym, że ja się sprzeciwiam nazywaniu szamba perfumerią, czyli o Kai Godek i innych "ekspertach" w telewizji

Dostałam od Państwa kilka wiadomości z linkami do programu Andrzeja Morozowskiego, w którym gośćmi byli Pani Wanda Nowicka i Kaja Godek. 
Za linki oczywiście jestem wdzięczna, ale nie skorzystam, z bardzo prostej i przyziemnej przyczyny. 
Gdy widzę Kaję Godek, na tych śmiesznych pro-life pikietach, dostaję zatwardzenia, gdy ją słucham- sraczki. 

Rzeczona Pani nie jest dla mnie nikim szczególnym, żeby jej słuchać i nadwyrężać zdrowie. 
Zasłynęła jako mama chłopca z Zespołem Downa, którego postanowiła urodzić i stała się dzięki temu pro-birth bohaterką. Nic mi nie wiadomo, aby posiadała inne dzieci, które zmarły w męczarniach przy porodzie. Nie czytałam o tym, aby jej dziecko było poczęte na skutek gwałtu. Nie słyszałam też, aby ciąża zagrażała jej życiu. Nie doczytałam nawet, żeby Kaja Godek była matką wielodzietną. Żeby Zespół Downa jej synka miał postać ciężką chociażby. Z tego co się orientuję, nie jest lekarzem, nie jest psychologiem z dorobkiem naukowym, nie prowadziła żadnych badań na poparcie swoich tez. 
Z dodania dwa do dwóch nieustannie mi wychodzi, że Kaja Godek postanowiła skazywać kobiety na przymus rodzenia dzieci z, dajmy na to, Zespołem Patau (Państwo sobie wygooglują, nie mogę wstawić zdjęcia, przez zjebów wrażliwych na widok dzieci, o których życie walczą), ponieważ sama postanowiła urodzić synka z Zespołem Downa.
No pszesz logiczne.

Podkreślam więc-  Pani Godek, w moim skromnym światku, jest nikim. Ot, zwykłą fanatyczką. 
Dawno temu natomiast, czytałam z nią wywiad, w którym na pytanie "czy jest szczęśliwa?", odpowiedziała "mam nadzieję, że to widać".
Otóż, nie. Nie widać. 
Pani Godek wygląda mi na bardzo smutną kobietę. 
Dodatkowo wrażenie smutnej potęguje fakt, że nie stoi za nią nauka, empatia, czy humanitaryzm. A przypominam, że XXI wiek mamy. 
Jeszcze smutniejsze jest to, że jedyne co Pani Godek wychodzi to demagogia rodem z  przedszkola- toć to fundacja, którą Pani Godek wspiera całym sercem robiła plakaty "zamrożonej Marysi"- zajebiście wykształconej blastocysty, jakiej pod żadnym mikroskopem nie widziano :)
I jeszcze obrażanie jej wychodzi dobrze. 
Tak, to że nie oglądałam programu, nie znaczy, że nie słyszałam o "mordercach" ;) 

Jednak uważam, że za Wasze podniesione ciśnienia nie należy winić Panią Godek.
Winić należy TVN.

Proszę Państwa, proszę w wolnej chwili wejść na facebookowy profil Pani Kai, na którym aktywnie działa. Nie musicie czytać jej wypocin. Proszę zerknąć jedynie na licznik. Na liczbę polubień konkretnie. Jak Wam się nie chce, to ja podpowiem- 5184, w momencie, gdy piszę te słowa. Należałoby, w ramach uczciwości, odjąć wszystkich obserwatorów, którzy polubili ten profil tylko dlatego, aby być na bieżąco z wypisywanymi przez nią głupotami, coby móc je swobodnie w mediach (także społecznościowych) komentować. W końcu co drugi mój znajomy na tej zasadzie ma w polubieniach profil Pani poseł Pawłowicz. Ale nawet jeśli nikogo nie odejmiemy jej grono "wyznawców" jest wystarczająco śmiesznie małe, zważywszy na medialność Pani Godek.
Dla porównania powiem Państwu, że licznik na tej stronie pokazuje dwa razy więcej. 
A przecież jestem niszową blogerką, nie telewizyjną i prasową gwiazdą, ekspertem od macierzyństwa i embriologii, zapraszanym do sejmu.

A teraz do brzegu- dążę do tego, że to media promują Panią Godek, bo normalni ludzie wcale nie łakną, ani nie łykają tych jej głupot. 
Dla normalnych ludzi Pani Godek nie jest nawet wiarygodna. 
No bo na ile wiarygodna jest anty-feministka, która zamiast siedzieć w domu, gotować obiadki dla męża, czy zajmować się niepełnosprawnym dzieckiem, lata po telewizji, czy po sejmie, angażuje się w projekty zgodne ze swoim światopoglądem i walczy? :) 

Jestem przeciwna robieniu ze studia telewizyjnego chlewu. 
Mamy media na bardzo niskim poziomie, dlatego też nie mam polskiej telewizji.
Dziennikarze, goniąc za sensacją, za słupkami oglądalności, zapominają nawet o poprawności językowej. Wiecznie tylko sieczka, pranie mózgu, dezinformacje, strasznie, odwracanie uwagi, klerykalizacja albo promowanie patologii w programach typu Warsaw Show i robienie ekspertów z osób pokroju Tomasza Terlikowskiego, Dariusza Oko, Henryka Hosera, Marty Kaczyńskiej, czy Kai Godek właśnie. 

Dziś czytam nagłówki, że Pan Morozowski myśli o pozwie przeciw Pani Godek. 
Serio?! 
To taka kolejna zagrywka medialna, czy Pan Morozowski jest na tyle krótkowzroczny, że nie przewidział, iż jak wpuści do studia byle kogo, z byle jakim dorobkiem, byle jaką kulturą, za to nieograniczoną nienawiścią do ludzi, to syfu narobi? 

Drodzy Państwo, jeśli zamiast podnosić sobie ciśnienie i oglądać programy z udziałem Pani Godek i "ekspertów" jej pokroju, będziemy solidarnie te programy bojkotować, Pani Godek w końcu przestanie być gdziekolwiek zapraszana.
To chyba jasne, nie?
Finalnie zostanie z tymi 5 tysiącami wyznawców. Nawet 10 tysiącami, licząc tych, którzy nie mają facebooka. Dajmy jej dodatkową piątkę, niech ma, niech się cieszy.
Tak czy siak, zostanie z tą MARGINALNĄ garstką zwolenników. 
Gdzieś, na marginesie społecznym właśnie. Tam, gdzie jest miejsce każdego fanatyka, pozbawionego krzty empatii i gotowego zadać cierpienie drugiemu człowiekowi, w imię własnego światopoglądu. 

Zamiast tematycznego zdjęcia Pani Godek, wstawię Państwu ponownie mój hit- zamrożoną Marysię, według Pani Godek i jej podobnych :D
To jedyny akcent humorystyczny, jaki dostrzegłam w tym całym syfie.



piątek, 14 października 2016

trauma

Stoję sobie pod prysznicem, jedną ręką myję zęby, drugą-głowę, jak to matka, gdy nagle coś z całą mocą pierdulnęło mi w kabinę. 
Już nawet nie wyjęłam szczoteczki z gardła, tylko przerażona zaczęłam łapą drzwi z pary przecierać, coby sprawdzić, czy szyba cała i co to właściwie, kufa, było.
Otóż to był Stifler. Zaryczany bardzo. 
Otwieram kabinę, zaczynam się ręcznikiem nieporadnie owijać, bo mi piana z włosów do oczu leci.
Stiflerowi w tym czasie gile zwisają już do pasa.
-Co się dzieje?- pytam, nie na żarty wystraszona
-Psot mi zjada Kiciusia!- ledwo co może się wysłowić Stifler- Ratuj, bo go zeżre!

Kiciuś to zabawka. Bardzo mała. Nieco mniejsza niż te większe z Kinder Niespodzianek. Z całej kolekcji mini-zwierzątek, Kiciuś jest właśnie ulubieńcem Stiflera. Zabiera go na spacer w kieszeni, kładzie na umywalce, gdy myje zęby, wieczorami odkłada na szafkę nocną, by rano móc się od razu nim bawić od nowa.

No więc ruszam do akcji, dalej nieporadnie owinięta tym ręcznikiem, z pierwszym krokiem zalewając łazienkę. Wpadam do salonu i od razu obczajam, że kot faktycznie przeżuwa.
Rzucam się na kota.
Kot zaczyna spierdalać. 
Czasem mi się wydaje, że moje koty robią miny. Ten ma na pysku wypisaną panikę.
Gonię go dalej. Kot spieprza do sypialni. 
Łapię kota. Próbuje mnie podrapać. Prawie na nim siadam i wkładam mu łapę do pyska. 
Kot dostaje oczu, jakby cierpiał na Gravesa- Basedowa. Ma odruch wymiotny.
Wyjmuję mu łapę z pyska i drę się do Stiflera "przynieś mamusi inhalator, szybko!", bo czuję, że dostaję ataku astmy. 
Kot ucieka pod łóżko. Nerwowo próbuje przeżuć, co mu w pysku zostało.

Ja się pod łóżko nie zmieszczę?! Ja?!

Wczołguję się po kota i przyduszam go do ziemi, przy czym dyszę i charczę, bo mi w klacie bulgocze. 
Kot ma minę, jakby pod łóżko mu wlazła Pawłowicz. W ramach samoobrony drapie mnie w mordę. Też bym tak zrobiła. 
-Stifler, gdzie mój inhalator?- drę się resztkami sił, trzymając się jedną ręką za ryja, drugą macając za kotem, który się rakiem wycofał do ściany, a później się na niej rozpłaszczył.

I żuje. 
Gnój, żuje!

-A dlaczego mi nie powiedziałaś, że masz w torebce bańki?- odpowiada pytaniem na pytanie Stifler, a ja już wiem, że pies jebał inhalator. Będę se musiała bez poradzić.
Zejdę pod tym łóżkiem, qrwa, bo zapomniałam dziecku pokazać, co mu z Funta przyniosłam już wczoraj!
Zejdę, ale wyjmę temu pieprzonemu kotu, tego pieprzonego Kiciusia z pyska! Z gardła! A jak trzeba będzie to i z dupy!

Łapię go jeszcze raz i wyciągam spod łóżka, na chama oczywiście, bo się wbija we wszystko, w co tylko może. 
Też w moją gołą nogę. Drę się wniebogłosy.
-Na placu zabaw sobie pokrzycz, w domu nie wolno- dochodzi mnie od Stiflera. 
Kto go wychował?! Po czyjej on jest stronie?! 
Następnie kot wskakuje na łóżko, po czym wbija się pazurami dla odmiany w kapę. Wyciągając mu pazury podziwiam, jak lecą w niej oczka. 
Trzymam go jednak mocno. Trzymam za pysk. Kot dostał szczękościsku. Mnie wpadła piana do oka. 
Tak se oboje cierpimy!
Spada mi ręcznik. 
Kot cierpi bardziej.

Udaje mi się uchylić mu pysk. Szybko wkładam palec. Ewidentnie czuję małe uszka i ogonek. 
Za sobą słyszę kroki.
-Masz mój inhalator?- charczę
-Aaaa, inhalator! No nie mam. Mam bańki i Kiciusia. Dlaczego mi nie powiedziałaś, że nosisz bańki w torebce, hę?- odpowiada Stifler
- Co masz?- pytam, bo czuję, że mi przed oczami ciemnieje i chcę to usłyszeć przed śmiercią
- No mam bańki i Kiciusia. A dlaczego...
- Skąd masz Kiciusia?- przerywam mu
- Na umywalce leżał. Położyłem go tam, jak zęby myłem. A już myślałem, że mi go Psot zeżarł, hehe...
-To co Psot żre?-pytam, zalewając się łzami od tej cholernej piany
-Nie płacz. To pewnie tylko ten herbatniczek, co mu dałem...

Opowiadam to wszystko Siarze przez telefon, mrugając oczami czerwonymi, jak u Felicjańskiej, gdy pewnej nocy gnała swoim Alfa romeo.
-He he- pociesza mnie mąż- A pamiętasz, jak Szary zgubił "Kruszynka", tego pieska, chyba nawet z tej samej kolekcji? I też powiedział, że mu kot zeżarł. A Ty później tydzień patykiem w kuwecie grzebałaś, zanim się znalazł między poduszkami kanapy.

Mój Bobrze, no rejczel , że pamiętam! 
A on myślał, że ta panika u mnie to skąd?
Po traumie. Wiadomo.
Teraz jeszcze z traumy wyleczę kota i będzie luzik!